www.dziennikirowerowe.pl
left_up

home

Sycylia 2012

Kibris

Chorwacja

Mondo

Crete

GuestBook

Lanzarote

right_up
left

Kreta

Hiszpania

Sycylia 2008

Cypr

Grecja

Portugalia

Cyprus_button

Noclegi

right
LANZAROTE Gran Canaria
w krainie wulkanów 15-23.10.2016r
Cycling lanzarote
 
NOC JEST MI ŚWIATŁEM
 
FOTO GALERIA                                      VIDEO
 
Timanfaya15.10.2016r.
10:00 - Warszawa Tarcho, zamykam za sobą drzwi i wyruszam na lotnisko, by puźniej udać sie prosto w niepewność, nieznany ląd i nieprzebyte przezemnie dotąd drogi szukając tego co przyniesie mi żywioł życia.
20:50 – Arrecife, lotnisko, jeżdżę wózkiem z bagażami po zewnętrznym terenie lotniska szukając miejsca na złożenie roweru no i by znaleźć miejsce na schowanie pudła i plecaka – główna transformatorownia lotniska będzie do tego OK. Najważniejsze, że rower przeżył podróż, kartony wraz z plecakiem chowam w studzience podziemnej gdzie prowadzone są główne przewody zasilania lotniska, oby nikt mnie nie zauważył i nie pomyślał, że podkładam bombę…
 
ale żyć to znaczy podejmować ryzyko.
 
Mam obstawę modlitewną Jarka więc czas ruszyć w drogę pomimo tego, że jestem otoczony ciemnością nocy. Niestety nie mam wody a do przejechania mam dziś ok. 30km.
21:35 – jakieś przydrożne ruiny wojskowe – sprawdzam czy nadają się na nocleg, jest dobrze więc zostaję pomimo tego, że przejechałem dziś tylko 6km. Masakra łańcuchowa – zabrałem nowy łańcuch bez przetestowania, przeskakuje na wszystkich trybach jak jakaś pieprzona żaba. W nocy dwie osoby z latarkami penetrują ruiny w których śpię, dobrze, że wejście zastawiłem paletą, zresztą w razie spotkania chyba bardziej ja ich bym wystraszył niż oni mnie.
 
Timanfaya16.10.2016r.
10:00 – opuszczam bazę, próbuję przebić się na drugą stronę wyspy by docelowo zwiedzić Park Timanfaya. W oddali na wzgórzu widać zamek św. Barbary który mam w planach ale jeszcze nie teraz. Przeprawa przez piachy. Piękne proste drogi z wielkimi górami w tle  - kierunek FAMARA. Nie miałem zamiaru tam jechać ale jeśli wszystkie samochody tam jadą to ruszam za mini – główna plaża surferów, tam kończy się też droga. Obliczam trasę bo może dziś dotrę do opuszczonego hotelu na nocleg na południu wyspy, niby tylko 35km ale padam bo jestem wykończony, na szczęście kupiona Cola dodaje mi mocy.
20:05 – okolica parku Timanfaya, poszukiwanie noclegu w dziczy, objazd okolicy bocznymi drogami, sprawdzając po drodze wiele miejsc.
21:00 – MANCHA BLANCA, noc, znalazłem ławkę zrobioną z 2 desek i 4 pustaków na terenie działek otoczona murkiem od wiatru – zamierzam tu wrócić i zakopać się na noc w wulkanicznym pyle. Zbyt tu pięknie i magicznie by opuścić to miejsce więc jutro zamierzam pozostać w tych regionach. Zakładam lampki i powracam w dzicz.
Baza noclegowa wspaniała.
Dst 84km
 
Lanzarote17.10.2016r,
9:30 – zupka chińska na śniadanie zanim opuszczę to gościnne miejsce. Od samego rana haratam tylko szutrowe drogi, te najmniej uczęszczane. Koniec lądu i tylko wielka skała wystająca z oceanu a dookoła z każdej strony wygasła magma wulkanów. Kierunek plaża, zamiast złotych piasków czarny pył wulkaniczny. Robię korektę trasy by ponownie wrócić w to samo miejsce na nocleg. Rezygnuję z przeprawy promowej na Fuertaventurę zamiast tego zwiedzę Lanzarote na maxa przemierzając ją każdą możliwą drogą. Kierunek YAIZA, niesamowita długa prosta droga z widokiem na miasto.
18:30 – czekam aż zastanie mnie noc by pod osłoną nocy udać się na miejsce noclegu.
19:20 – udało mi się wykąpać pod pierwszym napotkanym kranem podczas tej wyprawy a było to na cmentarzu.
22:30 – atak deszczu, jedynie co mogę zrobić to położyć się z materacem i śpiworem pod ławkę i przykryć deskami – masakra, wszystko moknie, chowam aparaty i telefon do sakw by ochronić przed deszczem.
Dst 81km
 
Timanfaya Park18.10.2016r.
9:26 – baza noclegowa, działka ogrodowa, ktoś tu był, pewnie właściciel i pewnie wie, że ja też tu byłem na jego terenie po śladach roweru, ja zaś go poznałem po śladach opon samochodu, więc wyruszam czym prędzej… Dzień rozpoczęty od szutrowej drogi, którą wybrałem tylko z ciekawości a okazuje się, że są tu wspaniałe widoki wulkaniczne, droga prowadzi na sam szczyt krateru, niestety za ostre podejście więc ruszam za grupą ludzi bo jeśli tam poszli to musi być tam coś ciekawego – totalne bezludzie.
11:35 – czas wygasłych wulkanów, przebiegnę się po kraterze dookoła wulkanu. Malowniczość miejsca i pomyśleć, że jestem ty tylko przez pomyłkę trasy…
12:00 – wulkaniczny downhill, trzeci dzień to przełamywanie fal, nie wiem co to znaczy ale fajnie brzmi, mijam grupę chyba niemieckich turystów wdrapujących się na szczyt, fajne są ich miny gdy widzą mnie tu na rowerze z ciężkimi sakwami.
13:50 – kupuje bilet i wjeżdżam do Parku TIMANFAYA, pytam czy droga nadaje się na rower, mówi, że tak, że trasa ma ok. 10km, mijam korek kilkunastu samochodów którzy czekają na pozwolenie wjazdu, jak fajnie być rowerowcem. Starcie słowne z parkingowcem bo nie chciał mnie wpuścić rowerem na trasę objazdową parku mówił, że tylko autokary mogą tam wjechać, że mam jechać autokarem ale ja nie mam autokaru więc rozkazuję mu aby natychmiast oddał mi pieniądze za bilet jeśli nie mogę tam wjechać rowerem !!! Odjeżdżam wkurwiony, burza myśli więc wracam do tego parkingowca i pytam który autokar mam wziąć bo jest pewne że jest w cenie biletu i wszystko Ok. – o ja nierozumny człowiek !!! a już byłem gotowy do wojny i w jakimś stopniu tą wojnę wszcząłem … No i fajna ta wycieczka autokarowa po terenie wygasłych wulkanów.
16:30 -  YAIZA, robię zakupy wodopojne, kupuję 3 litry wody plus Colę 1,5 litra, w parku pożeram zupkę chińską, ładuję solara a później planuję prosto na południe do opuszczonego hotelu na odludziu gdzie zamierzam spędzić noc.
19:45 – PLAYA BLANCA, port, szukam kranu by się wykąpać, nie ma więc pozostaje plaża czyli kąpiel typowo oceaniczna. Ciemno – ruszam w poszukiwaniu opuszczonego hotelu, totalne odludzie, groza i strach…
22:00 – jest hotel, niestety to co wcześniej wydawało mi się sukcesem noclegowym okazało się totalną porażką, cały teren ogrodzony siatką, siatkę pokonałem ale wewnątrz pokoi ogromne warstwy pyłu, ratowałby mnie jeszcze nocleg na wyższych piętrach ale nie było schodów. Hotel oglądany w nocy ze szperaczem bez pewności czy ktoś akurat tam nie mieszka wydawał się istnym horrorem. No ale właśnie tutaj rozpoczyna się przygoda gdzie jestem zagubiony w dziczy, widzę tylko na odległość latarki, brak drogi a trzeba znaleźć gdzieś glebę do przekoczowania nocy ale jest pewność, że gdzieś ona musi być w tym opuszczonym przez ludzi pustkowiu.
23:14 – od 3 godzin jest totalnie ciemno, przekraczam wjazd na drogę z zakazem wjazdu, jest -  znalazłem budynek, hydrofornię a przed nią wylana posadzka więc super – zostaję na noc, 10m od drogi głównej więc jak będzie jechał jakiś samochód to będzie mnie widział.
Dst 79km
 
Lanzarote Ghost Hotel19.10.2016r. –  dzień ś.p. J. Mołodkiewicza- 33 rocznica
9:45 – Dopiero gdy wzeszło słońce mogłem zobaczyć okolicę i być dumnym ze szczęścia, że udało mi się znaleźć to miejsce pośród nocy.
10:00 – pakowanie bazy i w drogę by ponownie obejrzeć opuszczony hotel bo w dzień już tak nie straszy. Gdy mijałem koparki i zamkniętą droge usłyszałem od robotników którzy mnie zobaczyli - “jest nasz turysta”.  Południe wyspy, trasy typowo off- road. Znalazłem na poboczu 2L butelkę napoju cytrynowego gdzie pozostało 1,5 litra do wypicia – super!!! Ruszam w kierunku malowniczych plaż -  PLAYA PAPAGAYO, znaleziona butelka napoju pozwoliła mi przetrwać cały dzień.
13:30 – wykrzyczałem głośne Kurva Mać, wszystko przez ten jebany łańcuch co przeskakuje na trybach a on nie jest jakąś jebaną żabką co może sobie skakać jak chce!!!
 
MAM DOŚĆ, BASTA, STOP !!!
 
Znalazłem przy drodze koszulkę techniczną Fisher Lanzarote, znalazłem też leżące przy drodze okulary typu COBRA, w nich wygląda, że jest pochmurno chociaż słońce wali na maxa czyli dobrze oszukują mózg.
 
14:50 – MACHER, sklep, kupuję 3 litry wody i 1,5 litra Coli, starsza pani podchodzi by coś zagadać po niemiecku, powiedziałem, że only englisch, zapytała gdzie śpię i czy mam namiot, powiedziałem, że I heave only sleeping bag without tent and I spend every night under heaven,  jak miło jest spotkać życzliwych ludzi, liczę dziś jeszcze na życzliwość zmarłych bo mam zamiar wykąpać się na cmentarzu, więc w drogę do wymarzonego ogródka.
20:10 – szybka kąpiel cmentarna w gaciach na kucaka pod szlaufem i nagle pojawią się znikąd policjant z kajdankami przy pasie, SZOK !!! mówię, że tylko chciałem wody nabrać, zaś cały ociekam wodą !!! Where are you from, where a you live, where is your hotel ? No przecież nie powiem mu, że nocuję Under Heaven bo zabierze mnie do aresztu, po czym mówi, że przyjechał zamknąć cmentarz i mówił, że miałbym problem bo mógłby zamknąć nie tu na noc, ja mu odpowiadam, że dla mnie to nie byłby żaden problem !!!  udaję, że nie rozumiem i wyruszam rowerem – jedzie za mną a ja jadę na miejsce noclegu i muszę go jakoś zgubić.
21:10 – w swoim ogrodzie
Dst 75 km
 
Way to ORZOLA20.10.2016r.
Szybki wyjazd by nie być zauważonym przez właściciela, a widzę, że właściciel codziennie odwiedza to miejsce – kierunek szczyty północy, po drodze sprawdzam jeden opuszczony budynek, fajne miejsce na nocleg, znaleziony bidon POWER BAR z napisem:
 
You are Stronger Than You think
11:00 – TAO
Postój śniadaniowy, zupka chińska, z liścia palmy zrobiłem sobie łyżeczkę bo zapomniałem zabrać jej z domu. Przypomina mi się wiersz Pabla Nerudy –
 
Lentamente Muore - Powoli Umiera
 
„Powoli umiera ten kto staje się więźniem przyzwyczajenia,
powtarzając każdego dnia te same drogi,
kto nie zmienia marki, znaku firmowego,
kto nie ryzykuje, nie zmienia koloru ubrań,
kto nie rozmawia z ludźmi których nie zna.

Powoli umiera ten kto unika w swoim życiu pasji,
kto zawsze przekłada czarne nad białe i poszczególne chwile nad całą paletę emocji,
które powodują, że błyszczą oczy, że na twarzy pojawia się uśmiech,
że serce bije mocniej w konfrontacji z błędami i uczuciami.

Powoli umiera ten kto nie wywraca stołu,
kto jest nieszczęśliwy z pracy,
kto nie ryzykuje pewności dla niepewności realizacji marzeń,
kto nie pozwoli sobie, przynajmniej jeden raz w życiu, uniknąć rozumnych rad.

Powoli umiera ten kto nie podróżuje,
kto nie czyta, kto nie słucha muzyki,
kto nie znajduje dobra w sobie.

Powoli umiera ten kto siebie nie kocha,
kto nie pozwala sobie pomóc,
kto przechodzi przez życie ciągle narzekając na własne nieszczęście
lub na deszcz który pada.

Powoli umiera ten kto rezygnuje z własnego projektu przed rozpoczęciem go,
kto nie pyta o to, czego nie zna i nie rozumie,
kto nie odpowiada kiedy się go pyta o coś co zna.”
 
 
Dlatego właśnie teraz jestem tu gdzie jestem.
 
13:00 – TEGUISE, zamek Św. Barbary czyli muzeum piratów położone na samym kraterze wulkanu, zobaczyć jak piraci zdobywali wyspy, jak mordowali mieczem kobiety i dzieci lub wrzucając ich do gorących kraterów wulkanów, gdzie płonęli żywcem.
Kierunek północ – MIRADOR DEL RIO, jadę bocznymi drogami i rozglądam się czujnym okiem za ruinami na ewentualny nocleg i jest super miejsce i na dodatek z podziemnym i strasznym rezerwuarem wody – super !!!
 
18:30 - Naprawdę nie liczyłem na to, że oprócz miejsca na nocleg uda mi się znaleźć jeszcze wodę na kąpiel i to w takiej ilości – znaleziony podziemny, zabudowany rezerwuar wody deszczowej więc tu wrócę na nocleg a tymczasem kierunek na szczyt.
19:10 – MIRADOR EL RIO – nie wiem co to jest ale wygląda ciekawie, teraz jest zamknięty ale jutro jest otwarcie o 11:00. Siedzę wpatrzony w zachód słońca czekając na noc by udać się pod osłoną nocy do wypatrzonej bazy noclegowo kąpielowej. Niesamowity zachód słońca, chmury poniżej mojego poziomu.
20:20 - wracam na miejsce noclegu – masakra, podjechał właśnie jakiś samochód i wychodzą z niego dwie pary, zaparkował gdzie miałem nocować więc jadę dalej, będę czekał w oddali aż odjadą. Czas mija, robi się ciemno a oni nadal tam są, godzinę czekam, aż odjadą a oni chyba urządzają sobie jakieś romanse, chcę już spać, zaczynam się denerwować:
- jebani zakochani
- spieprzać dziady
- no jedźcie już do domu
 
mam dość, jadę… totalna noc, włączam światła dopiero gdy ich mijam i za chwilę gaszę będąc pochłonięty ciemnością nocy a gaszę światła by nie mogli mnie zlokalizować ani poznać kim jestem, po prostu podążam swoją drogą, drogą przeznaczenia, chyba wystraszyłem ich śmiertelnie bo po trzech minutach natychmiast odjechali a ja mogłem swobodnie wykąpać się w podziemnym rezerwuarze wody oświetlony światłem latarki i rozłożyć bazę noclegową z widokiem na rozgwieżdżony galaktyczny raj.
dst 57km
 
Lanzarote21.10.2016r.
10:52 – jestem jeszcze w śpiworze bo fajnie tu, słońce zaczyna już ostro walić, skóra się ze mnie sypie.
12:20 – opuszczam MIRADOR DEL RIO, to tylko punkt widokowy z restauracją i sklepikiem, mam przed sobą zjazd nad samo morze więc będzie ostro.
13:13 – ORZOLA, piękna piaszczysta plaża na zatrzymanie wraz z zakupionym śniadaniem (bułka, parówki, papryka)
15:20 – w drodze na południe, odwracam się za siebie by podziwiać widok, który zostawiam za sobą, prosta droga i strome skały.
16:20 – odbijam na kamieniste, szutrowe polne drogi gubiąc po drodze 2 śrubki od bagażnika, sprawdzam ruiny na tym odludziu czy nadają się na nocleg, jedna ruina wraz z betonowym podwórkiem nadaje się na rozłożenie śpiwora, więc wprowadzam dane gps i wrócę tu jak będzie ciemno.
19:30 - ARRIETA, miasto typowo hotelowe, kupuje wodę do picia i do kąpania
20:45 – tajemnicze ruiny, rozkładam bazę, cholera przebity materac więc spanie będzie na betonie, do kąpieli używam bidonu, dobrze się w tej roli sprawdza. W oddali wycie i szczekanie dużej ilości psów więc nóż będę miał pod ręką.
Dst 73km
 
Lanzarote22.10.2015
9:30 – wyjazd, po drodze mam zamiar odwiedzić podziemne pionowe wycięcia. Kierunek SAN BERNARDO i NAZARET, troszkę to ryzykowne bo czasowo na styku ale co tam…
11:40 – TEGUISE, detonator mocy = tabletki musujące, izostat, magnez i multiwitamina. Pozostało mi jeszcze tylko 3,5 godziny by znaleźć się na lotnisku i zacząć pakować rower a nawet nie wiem czy są schowane kartony i plecak. Wybieram nieprzebyte dotąd drogi.
14:20 – ARRICIFE lotnisko, najważniejsze, że wszystko jest, rozkładam rower a w międzyczasie obiad z puszki. Powoli nadchodzi koniec tego wspaniałego czasu, niesamowitej wyprawy, rewelacyjnych bezdroży, widoków wulkanów i wieczornego poszukiwania miejsc na przekoczowanie nocy, to był dobry czas.
dst35km
 
dystans całkowity 498km