www.dziennikirowerowe.pl
left_up

home

Sycylia 2012

Kibris

Chorwacja

Mondo

Crete

GuestBook

Lanzarote

right_up
left

Kreta

Hiszpania

Sycylia 2008

Cypr

Grecja

Portugalia

Cyprus_button

Noclegi

right
GRECJA - EVIA 23-31.05.2010r.
Grecja wyprawa rowerowa
Sięgając Po Pragnienia Serca - Wyprawa Rowerowa
 
Jest życie za którym tęsknimy, są ludzie których kochamy ale jest też droga,
która czeka aż odciśniemy na niej ślady swych stóp.
Jest też wołanie serca, które mówi “przyjdź”
 
 
Dziennik Wyprawy       Foto-Galeria
 
 
23.05.2010r. PRIMA DI PARTIRE
Niedzielna homilia - “Dość już łez zostało wylanych, więc skończ z biadoleniem i daj sie pocieszyć”
 
„A może to czego najbardziej się boisz przyniesie ci chwałę jakiej jeszcze nie miałeś, a może to wobec czego masz największe wątpliwości jest najlepszym wyborem jakiego dokonałeś ?”
 
Godz. 21:40 - WARSZAWA LOTNISKO OKĘCIE
 
24.05.2010r. LOTNISKO ATENY
Grecja wyprawa rowerowaGodz.  2:28 – mam już wszystko by przeżyć ten tydzień wspaniale, składam rower w hali lotniska, mocno zgięta ośka tylnego koła podczas transportu roweru, brak swobodnego obrotu koła. Przepakowanie sakw i w drogę. Godzina jazdy po terenie lotniska szukając innego wyjazdu niż autostradą, jest okropnie zimno i ciemno.
Godz. 5:30 AVLAKI
Tutaj wraz ze wschodem słońca rozpoczyna się moje wybrzeże. Zimno ale da się wytrzymać.
Godz. 7:44 – wreszcie zaczyna robić się ciepło, na śniadanie melon z przydrożnego straganu.
Godz. 20:38 – Jak nazwać ten dzień ? „Między przygoda a walką o przeżycie”. Miałem okazję zasmakować trochę samotności, bezdroży, ostrych wzniesień bez końca, natrysku, zimnej morskiej kąpieli. Jakieś zgliszcza towarzyszyły mi po drodze i wypalone żywiołem ognia drzewa. Jakaś totalna dezorientacja, cały czas gubię trasę i nie wiem gdzie jestem, wiem tyle że jestem niestety daleko od drogi planowanej. Słońce już zaszło. Nocleg na bezludziu przy jakiejś starej stacji wodociągowej. PS. Chyba to jedna z ostatnich moich wypraw. Biorę się za przygotowanie materaca i śpiwora. Dst 112km, V max 66km/h
 
25.05.2010r.
Grecja wyprawa rowerowaFajny nocleg tylko te komary trochę atakowały, nie było zimno więc to co wcześniej wydawało mi się pogodowym falstartem okazuje się najlepszym terminem jaki mogłem wybrać.
Godz 9:20 – czas wyjazdu, kierunek wczorajsza GRAMATIKA. PS. Wczoraj jak stałem z mapą na skrzyżowaniu podjechał jakiś chłopiec i zapytał dokąd chcę jechać, podjechał też jego ojciec który wskazał mi drogę w kierunku miejscowości która mu podałem „Agios Dimitrios” czułem że to jest w przeciwnym kierunku geograficznym, nie posłuchałem własnego instynktu i pojechałem we wskazanym kierunku, okazało się, że w tej okolicy miejscowości „Agios Dimitrios” jest bardzo wiele.
Godz. 12:30 – Po 3 godzinach masakry górskiej ponownie dotarłem do wybrzeża górskiego. (strzaskany słońcem zakładam białą koszulę)
Godz 13:34 – drogi które są na mapie w rzeczywistości ich nie ma, a te które są nie ma ich na mapie, dlatego czeka mnie 3 godziny pchania roweru pod górę by dotrzeć do miejsca w którym już byłem.
Godz 14:00 – pytam robotników o drogę, pokazuję im mapę, pokazują mi ręką kierunek na coś co miało by być niby drogą.
Godz. 14:30 – w świecie gór, szutrów i bezdroży, obszar pozbawiony ludzkiej obecności. Droga miedzy AGIOS DIMITRIOS a AGIOS APOSTOLI. Ostra jazda po wertepach 50km/h, gorące obręcze od hamowania. I tak oto dotarłem do samotnej plaży i malutkiej zatoki, po prostu nikogo…
Postój w cieniu przy małym kościółku, zrezygnowałem z celu jakim jest objechanie całej wyspy Evia na rzecz innego celu – „Po prostu być”. A w myślach wspomnienie z METRA:
 
„Pytają inni skąd jesteś i co robisz
To im wystarczy, że imię jakieś masz
Nie próbuj opowiadać wtedy im o sobie
Bo zamiast tego oni widzą twarz.
 
Co dzień ta sama zabawa się zaczyna
I przypomina nam kolejny szary dzień…”
 
Tylko, że ten dzień trudno by było nazwać szarym :)
Na nodze namalowałem sobie jaszczurkę by mi towarzyszyła podczas podróży, nazwę ją Kitana.
 
godz 16:30 – czas ruszyć dalej, na zegarach tylko 36km
godz 16:54 – zawalista droga przy samym wybrzeżu plus super wiatr.
Godz 20:00 – Pogadanka z wędkarzem na cyplu.
Godz 21:10 – czujne poszukiwanie gleby do spania, przyglądam się nie dobudowanym domom, najlepiej by było na dachu.
Godz 21:30 – znaleziony dom, wypłoszyłem nocujące tu gołębie. Dst 80km, v max 55km/h
 
26:05.2010r.
Grecja wyprawa rowerowaGodz 4:48 – pobudka i od razu w drogę.
Godz 5:30 – wjazd na most prowadzący do docelowej wyspy EVIA, słońce jeszcze nie wzeszło ale już widać za górami, że się zbliża.
Godz 5:45 – WELCOME TO EVIA
Godz 6:15 – w małej krainie małych bezdroży.
Godz 9:18 – całkowity luz, opalanie z widokiem na fajną dużą górę, pływanie tylko dla ochłody.
Godz 11:30 – „DZIEŃ ARBUZA” mam arbuza 7kg bo nie było mniejszych, szukam cienia by go pożreć, po 20 minutach: kto ma ochotę na arbuza bo sam nie dam rady?
Ps. Coraz pilniejsze poszukiwanie „placu zabaw”
Godz 16:35 – Kierunek PRASINO, to nie ja wybrałem tą drogę to ona mnie wybrała. Dzikie przestrzenie, przydrożne węże, być może na długo pożegnałem się z morzem bo droga jest tylko pośród lądu i to po szutrowych wzgórzach, więc ja na to AMEN !!!
Godz 18:02 – ciągle w dziczy i to jest piękne, przez labirynty malutkich miasteczek, to niesamowite, że odnalazłem właściwą drogę, drogę która nadaje mi nowe imię – HURRICANE.
Godz 19:27 – jest coś pięknego w świetle zachodzącego słońca, w spojrzeniu na drogę, której kresu nie widać, muzyce z filmu „INTO THE WILD”, w kranie znalezionym przy drodze gdzie można się wykąpać. Wędrujemy razem, ja i mój cień który kładzie się na całej szerokości drogi.
Godz 20:40 – Nieplanowane odbicie na wschodnie wybrzeże EVIA w poszukiwaniu noclegu wśród wiatru który rozgoniłby komary, chcę też nasycić się widokiem bezkresnego morza jak i wyjść na przeciw wschodzącemu słońcu.
Godz 20:55 PARALIA ZARAKON, nocleg pod dzwonnicą kościółka, nawet mógłbym nocować w środku bo jest otwarty i na uboczu ale tam jest za gorąco. Czas mistyki…
 
TAKE YOUR LIFE… przyjmij swoje życie...
 
Dst 109km
 
27.05.2010r. PARALIA ZARAKON
Grecja wyprawa rowerowaGodz 5:50 – słońce już wzeszło, w nocy było zimno ale o to chodziło by wtulić się w ciepły śpiwór, niestety materac jest dziurawy więc spanie jak na dechach. Reset zegarka PATHFINDER SPF-60D, urwany zaczep sakwy, przebity materac – to na tyle małych awarii. Spalony mam pysk od słońca, fajnie, że mam białą koszulę bo bez niej, nie wytrzymałbym na słońcu. Wielka cisza, wszyscy chyba jeszcze śpią… idę obejrzeć plażę. W oddali widać przez mgłę jakąś wyspę.
Godz 6:30 wysłałem smsa do siostrzyczki, że właśnie jestem na wyprawie w odpowiedzi dostałem:
 
„kocham Cię wariacie”
 
Godz 9:35 – pływanie w zatoce na materacu, fajna sprawa, troszkę opalania i total luz. Mam misję do spełnienia – zaklejenie dziurawego materaca. Słońce dopieka do bólu, zrobiłem sobie legowisko na plaży.
„Pomyłka trasy w GRAMATICE nie była pomyłką lecz skierowaniem mnie na miejsce noclegu, wtedy o tym nie wiedziałem”
Antyfona dnia: „ Pan jest moim obrońcą, wyprowadził mnie na miejsce przestronne, ocalił mnie gdyż mnie miłuje”
Godz. 10:15 – biorę okulary pływackie i idę na podbój morskiej głębiny, zabawa z zegarkiem (puszczenie zegarka na samo dno i wynurkowanie 5,1m )
 
„A właśnie, że bądź niebezpieczny, bądź namiętny, bądź dziki” J.E. „Dzikie serce”
 
Godz. 11:50 – czas opuścić tą gościnną przystań i ruszyć ku temu co mnie jeszcze czeka.
Godz. 15:16 – NEA STIRA czas obiadu więc 2 litry coli z lodówki i rogaliki 7 days. Jechałem z góry 75km/h to mój życiowy rekord na rowerze, następnego rekordu mogę już nie przeżyć. Jedni szukają słońca a ja szukam cienia na postój obiadowy. Jestem chyba jakąś atrakcją dla tubylców bo przyglądają mi się zaciekawieni. Zabiję zaraz tą jebaną muchę, która ciągle siada mi na twarzy.
Godz 15:49 – słońce wali na maxa, 3 sekundy na słońcu i wszystko piecze.
Godz 16:15 – no i powiedz, że nie było warto, bo jeśli po tym wszystkim, po 3 dniach to powiesz to lepiej byś wrócił do świata ludzi, którzy mówią, że żyją a są martwi, do świata który zapewnia wszystko poza tym, że nie jest w stanie zapewnić życia twojej duszy, do świata rzeczy pewnych i przewidywalnych które niewiele maja wspólnego z tym kim jesteś.
 
Ruszam więc w sam środek słonecznego żaru – jeśli mam zostać spalony niech tak się stanie ale nie spocznę ani się nie wycofam dopóki nie zdobędę życia do którego zostałem powołany.
Godz. 17:25 – znalazłem przy drodze odrysowankę księżniczki, zabieram ją ze sobą.
Godz. 18:10 – w świecie wiatraków, na moich wyprawach rowerowych trzeba mieć nie tyle porządny rower co bardzo dobre buty, większą cześć dzisiejszej trasy pokonałem pchając rower pod góry. Pomyłka trasy po 3 godzinach, więc powrót… „Poznać ta samą trasę z obu stron”
Godz 19:30 – w przydrożnym mini sklepiku kupuję pomidory i cebulę na śniadanie lub na kolację. Pani sprzedawczyni z przerażeniem spojrzała na mnie, zobaczyła że jestem cały poparzony słońcem i że to bardzo niebezpieczne, prosiła bym kupił krem, więc kolejny dzień koniecznie musze spędzić w cieniu, niech skóra odpocznie bo faktycznie wszystko mnie piecze, brałem słońce zbyt łapczywie, ale to tak w życiu jest, że jeśli nie pohamujemy się w zachłanności tego co pragniemy to może to nam zaszkodzić.
 
Zadbać o niedosyt.
 
Godz 20:30 – jest ciemno ale dzięki księżycowi noc nie jest ciemnością. Wspinam się w stronę szczytu z marzeniem by nocować pod wiatrakiem.
Godz. 21:20 – docieram w miejsce wiatraków, jest ich tyle, że mogę sobie wybrać pod którym będę spał. Nagle z dzikiej ciemności z głośnym szczekaniem ruszył pies w moim kierunku, czekam aż zatrzyma go łańcuch, ale on nie ma łańcucha !!! Idę ostrożnie z rowerem, widzę że wiatraki nie mają podstawy betonowej na której można by przenocować no i się boję, że mogłoby na mnie w nocy spaść to wielkie śmigło. Psy chociaż szczekają przed atakiem ale węże i skorpiony są ciche więc nocowanie na poziomie ziemi jest DANGER !!! Zobaczyłem budyneczek, zbadałem go i już wiem, że nocuję na dachu. Walczę o to by wciągnąć jeszcze rower bo jest już dużo w nim do naprawy, szczególnie urwana boczna sakwa którą rano trzeba by było naprawić. Dst 55km, v max 75km/h
 
28.05.2010r. W ŚWIECIE WIATRAKÓW
Grecja wyprawa rowerowaNaprawdę nocleg jak na Marsie – CUDOWNIE. Śniadanie, pomidory i cebula, tylko co tu robi nadjeżdżająca wywrotka? Pojechała dalej… Klejenie materaca drugie podejście. Spędziłem na dachu 2x2m dwanaście godzin, miejsce które rozkoszą nasyca serce, coś wspaniałego. W drogę …o jaki fajny, płaski, biały długopis leży na ulicy…  to nie długopis Zbysiu tylko test ciążowy.
Godz. - 11:56  atak na drzewo morwowe przy kapliczce, ogromne i soczyste owoce plus zupka chińska.
Godz 12:34 – teraz mam ochotę na quada, uzo i all inclusive. Dobrze by było wyruszyć już z tego postoju póki nie ma słońca tak mocnego. Upatrzyłem w oddali fajną piaskową plażę jako cel no i chyba już czas na morską kąpiel. Niesamowity widok słońca otoczonego tęczą na niebie.
Godz. 14:25 – W drodze do KARISTOS
Godz – 16:00 – KARISTOS, znowu pije ten syf Coca Colę i dobre ciasteczka rogalikowe 7 days. Nagłe poszukiwanie „placu zabaw” po morwach, strzał przy drodze.
Godz. 16:34 – jakoś nie widzę tu promów, chyba będę musiał się cofnąć do poprzedniego portu by przebić się do RAFINY na stały ląd a tym czasem ruszam jeszcze na południe od KARISTOS wzdłuż wybrzeża a powrót górami, to będzie ostra przeprawa.
Godz 17:16 – Mijam opuszczony hotel na końcu świata, wygląda jak blok po wybuchu elektrowni atomowej w Czarnobylu. Ponownie wracam w dzicz, bezkres, samotność i pustkowia.
 
ŚWIAT SZUTRÓW I BEZDROŻY
 
Nie wiem czy to ja zostałem stworzony do takich dróg czy to te drogi zostały stworzone dla mnie? Piękne miejsca, super przybrzeżna droga szutrowa, przelewam wiele kropli potu. Kolory zachodzącego słońca. Muszę walczyć z czasem by opuścić góry nim zapadnie noc.
Godz. 20:10 – Wiele pchania roweru górskimi ścieżkami, słońce już zaszło. Są wiatraki ale chyba pójdę dalej szukać wody i gleby do spania. Ta trasa to chyba najlepsze miejsce pośród tego wypadu, no chyba że jest jeszcze coś piękniejszego przede mną ? Dotarłem do asfaltu, zjazd w dół, jest ciemno. Zatrzymanie przy drodze, jeśli przyjmując, że nocuję tam gdzie mnie noc zastanie to właśnie powinienem zostać tu na nocleg. Nieaktywna, zabudowana stacja wodociągowa przy ulicy.
Godz. 22:10 – śpiwór i materac rozłożony. Samochody widzą mnie przejeżdżając. Jeden to aż się cofną i skierował na mnie światła by mi się przyjrzeć. Pozwoliłem mu aby spokojnie mi się przyjrzał i pojechał dalej… Musiałem być gotowy gdyby wysiadł ktoś z samochodu i kazał mi opuścić to miejsce, a może się tylko zainteresował  czy przypadkiem jakiś rowerzysta w wypadku nie wylądował na poboczu. Mam mocny termicznie śpiwór na takie wyprawy ICEBERG EXTREME od – 18 stC. Muszę wybierać na nocleg otwarte przestrzenie, gdzie jest możliwy duży wiatr, wtedy nie siadają na mnie żadne owady. Powoli pojawia się księżyc, jest w pełni i potrafi naprawdę rozświetlić noc. Dst. 76 km. Nie mogę zasnąć, może dlatego, że nie jestem w buszu.
 
29.05.2010
Grecja wyprawa rowerowagodz 5:36 – Pakowanie i w drogę, mam ochotę na czarnobylski hotel, który mam w zasięgu wzroku ale pewnie ruszę w kierunku portu i na prom.
Godz. 7:15 – kąpiel mydlana i pranie białej koszuli. Mam plany tras i cele ale podążam za głosem serca nawet jeśli prowadzą w innych kierunkach, to miejsca które wołają „przyjdź” i zagość w moim pięknie.
Godz. 8:18 – Dzień Golasa.
Godz 11:10 – szukam cienia by zakleić dętkę ale cienia nigdzie nie ma …
Godz 13:27 – miasto portowe. Ponownie jestem pod tym samym drzewem morwowym, wielkie słodkie owoce, można się najeść na maxa. Mam za sobą ciężka przeprawę przez górską przełęcz w gorącym żarze słońca pod górę oczywiście pchanie roweru z buta. Czas na odpoczynek. PS. Nie widzę pływających promów a to nie dobrze… Słońce charata do czerwoności , nożem przecinam bąble na ramionach by mógł wypłynąć pot. Na razie siedze w cieniu i obserwuję czy nie nadpływa jakiś prom. O jasna cholera właśnie jakiś odpływa z mego portu.
Godz 14:30 – Coś nadpływa z oddali… Ruszam do portu.
Godz 14:50 – No to mam 2 godziny oczekiwania na kolejny i ostatni prom, może to i dobrze by posiedzieć sobie troszkę w cieniu palmy. Mam już bilet MARMARI – RAFINA 7Euro, rower płynie za darmo. A co na dziś w oremusie? Mk 11,27-33 i właśnie to się nazywa męstwo. Mam ochotę jutro na spędzenie sporo czasu na nurkowaniu głębinowym na jakiejś ustronnej plaży. Nie wiem czy taka będzie bo wracam na ląd gdzie jest dużo ludzi.
Godz. 18:00 – Na promie, wcześniej zadawałem sobie pytanie odnośnie takich wypraw pytając siebie co ja wyprawiam? teraz już wiem, że ja po prostu sięgam po marzenia, ide za głosem serca, nawet jeśli ono prowadzi mnie w sam środek przygody, życia, kropel potu, głodu i poznania siebie.
Godz. 19:03 – RAFINA, plaża, ławka, stolik i kolacja, kabanosy, musztarda, pomidory. Wcześniej dopadła mnie zgraja psów, jakbym miał pistolet to 8 psów już byłoby martwych, nikt ich nie trzyma. Mam wielką ochotę zabić psa, jestem zły, gniewny i mściwy. Mam już dość ich jebanego szczekania, czas bym ja powiedział to co mam do powiedzenia a słowami moimi będzie ostrze noża. Coś dziwnego dzieje się we mnie. Jeszcze parę godzin temu na wyspie byłem w totalnie innym świecie a tutaj jakby chaos bez ducha i bez duszy.
Godz 20:00 – O nocy ukryj mnie w sobie i zaprowadź w głębiny dzikich przestworzy. Szukanie noclegu, po prawej na wzgórzu widać kościół. Poszukiwanie drogi, błądzenie zanim dotrze się do celu.
 
„Church is closed but my hart is open.”
 
Jestem przy kościele, jest nawet kran z wodą zakręcony i bez zaworu ale mam Francuza więc sobie poradzę, fajny punkt widokowy, to mój ostatni nocleg, robię kilka zdjęć księżycowych. Dst 69km
 
30.05.2010
Grecja wyprawa rowerowaGodz. 4:46 – wyruszam pogryziony przez komary i niewyspany.
Godz. 6:34 – być tam gdzie kończy się droga, ostatnia zatoka, dalej już nie ma przejazdu, dobre miejsce na zatrzymanie, rewelacyjne do nurkowania, skały. Ostatni dzień… Opalanie na materacu, nurkowanie głębinowe po zegarek 7.1m
Godz. 12:10 – u kresu drogi, sił i wytrzymałości, robię detonator mocy, 3 tabletki Activ, Magnez, Minerały do jednego litra wody.
Godz. 14:00 zatrzymuję się na skrzyżowaniu, na trawie, kupuję pomarańcze i wyżerka obiadowa, czyli czar pomarańczowych pomarańczy, masa samochodów.
Godz. 14:28 – postój pod kościółkiem, leżę na dechach, niestety jest tu jakaś pani i podlewa kwiaty więc nie dam rady rozgościć się tu na maxa.
Godz. 15:18 – zrobiłem 20km od miejsca pomarańczy mając pewność, że przemieszczam się po prostej a teraz znalazłem się dokładnie w tym samym miejscu w którym jadłem pomarańcze, to jakiś trójkąt bermudzki, gubię kierunki. Ruszam więc na zachodnie wybrzeże od ATEN oddalone o ok. 40km.
Godz. 19:27 – dotarłem do wybrzeża, na pożegnanie kupiłem sobie arbuza, znalazłem ławeczkę z widokiem na morze.
Godz. 20:39 – Arbuz zżarty, natychmiastowy „plac zabaw”. Ruszam w stronę lotniska, albo nie, wrócę inną drogą by nie czekać na lotnisku.
Godz. 21:20 – fajnie się jedzie w nocy wzdłuż wybrzeża, trasa należy do tych głównych więc może pojadę totalnie na około ?  Wpycham rower pod dużą górę.
Godz. 22:00 – jasna cholera gdzie ja jestem ? Pytam 2 marokinów co to za miejscowość i gdzie ja jestem na mapie. Ja pierdolę... 60km od lotniska? no to mam co chciałem a jak jeszcze nie zdążę na samolot to wtedy będzie super. WYŚCIG  Z  CZASEM.
- po co mi to było ?
- po to byś mógł dać z siebie wszystko!
Przecież byle jaka awaria roweru i nici z odlotu. Wszystkie czarne scenariusze, przeszły mi przez myśl takie przez które mógłbym nie zdążyć na lotnisko, zerwanie łańcucha, stukniecie w samochód i skrzywienie przedniego koła, nawet gdybym porzucił rower przecież nie zdążę nawet dobiec na lotnisko.
Godz. 23:00 – Ciągłe pedałowanie na maxa razy 2
Godz. 23:50 – Jadę autostradą która dojeżdża do lotniska.
Godz. 0:15 - LOTNISKO ATENY, szukam schowanych kartonów pod wiaduktem, pakowanie roweru, zostało mi tylko 45 min do odprawy. W nocy rozpocząłem swoją podróż i w nocy ją kończę po tygodniu z elementem adrenaliny. Wracam strzaskany słońcem ale i dumny z siebie. Po wejściu do samolotu od razu zasypiam i budzę się dopiero przy lądowaniu.
Godz. 5:00 – WARSZAWA OKĘCIE, zimno, leje deszcz, rozpakowuję z kartonów rower, składam go i ruszam przez Warszawę do domu, mam przed sobą jeszcze 20km. Co 10 min dopompowuję tylne koło bo schodzi powietrze, jadę ścieżką rowerową po kałużach w krótkich spodenkach, ludzie stoją na przystanku i przyglądają mi się widząc strzaskanie od słońca. Te ostatnie 20 km to czas walki.
Godz. 7:27 – Jestem już w domu, szybciutka kąpiel i ruszam na 8:00 do pracy.
Dst 138km
 
Dystans całkowity 639km