www.dziennikirowerowe.pl
left_up

home

Sycylia 2012

Kibris

Chorwacja

Mondo

Crete

GuestBook

Lanzarote

right_up
left

Kreta

Hiszpania

Sycylia 2008

Cypr

Grecja

Portugalia

Cyprus_button

Noclegi

right

HISZPANIA - Costa del Sol – GIBRALTAR - Costa de la Luz

Szukając Wyzwań - Wyprawa Rowerowa 13-20.06.2009r.
 
"Faceci jak my, żyją tylko wtedy gdy robią rzeczy
jakich inni faceci zrobić nie potrafią” - Antarctic journal
 
Hiszpania wyprawa rowerowa
 
BEZ NAMIOTU, BEZ ŁÓŻKA, BEZ DOMU, SKAZANY NA SIEBIE, RYZYKO, PRZYGODA, WYZWANIE,
W DRODZE ZA GŁOSEM SERCA
 

Dziennik wyprawy        FOTO-GALERIA

 

 
12.06. 2009 Piątek  - Wyruszam ku przygodzie, ku wyzwaniom które oddzielają mężczyzn od chłopców.
"Non solo Italia e creata per Dio ma tutta la terra e creata per te"
godz 22:37 "Into The Wild" - projekcja filmu “Wszystko za życie”
 
"Są rzeczy w życiu z którymi po prostu trzeba się zmierzyć, spojrzeć bestii prosto w oczy i wymierzyć jej śmiertelny cios."
 
13.06. 2009 Sobota
WARSZAWA - startowy dzień wyprawy.
Hiszpania wyprawa rowerowagodz 7:10 - WARSZAWA 12st za oknem, waga 72,3kg. "Zachowaj wolnym swoje serce, by było wolne od lęku, obawy i niepokoju."
godz 18:57 - 27st MALAGA Lotnisko - rower już przygotowany do wyruszenia, sakwy pozakładane. W Warszawie rower poszedł na rentgen a ja wraz z sakwami na bardzo szczegółową kontrolę osobistą, okazało się że łyżka, blaszany kubek, musztarda oraz locker były czymś podejrzanym na rentgenie ale nic to czas ruszyć w drogę ! Ps. łysiejąca tylna opona.
godz 20:08 - pierwszy postój na kabanosa + musztarda. Jestem już od godziny w kraju dzikich koni, byków, plaży, ciepłego powietrza i tłumu ludzi, po prostu czad. Dopiero teraz mogę powiedzieć z całą pewnością - dobrze że tu teraz jestem, bo wcześniej były wątpliwości czy dobry kierunek obrałem? czy nie lepiej było Włochy? ale szukałem większych wyzwań dlatego jestem tutaj.
godz 21:17 - masa kurortów, przepych luksusu i morskie fale w odległości 50m. Słońce już zaszło, powoli trzeba się rozglądać za jakąś glebą do spania.
godz 22:21 - zatrzymałem się przy plaży obok prywatnego budynku, obok jakaś posadzka wylana betonem, bez ścian i dachu więc nocleg zapowiada się wśród szumu fal, rozgwieżdżonego nieba i szumu samochodowego bo to 15m od autostrady.
Podoba mi się takie dzikie życie, bez namiotu, bez łóżkowych noclegów, bez gwarancji na cokolwiek, ugoszczony łonem natury, jakże łatwo odnaleźć w takiej wędrówce pokój i dystans. Takie życie wydaje się piękniejsze i prostsze lecz chyba nie na dłuższą metę.
 
WILD LIFE, WILD WORLD, WILD ROAD AND A MAN WITH WILD HEART.
 
dst 33,9km
godz 02:25 - krople deszczu - wskoczyłem szybko w buty gotowy do ewakuacji, czarne chmury od strony morza...
godz 02:30 - pada - szybka ewakuacja pod kładkę nad autostradą.
godz 02:45 - przekropiło tylko, powrót na nocleg... śpię na jakimś murowanym stole na wysokości.
 
WILD NIGHT
 
Nie mam nic przeciw deszczowego, ani dla siebie ani by okryć sakwy ale to też jest część przygody - zminimalizować ekwipunek.
 
14.06. 2009 Niedziela
Hiszpania wyprawa rowerowagodz 7:40 - czas ruszyć w drogę, może wieczorem dojadę do małp na Gibraltarze.
godz 7:53 - przed wyruszeniem okazało się że przednie koło jest przebite, więc klejenie. Odjeżdżając zapomniałbym dziennika który zostawiłem na noclegowym stole...
godz 9:58 - MARBELLA
Fajny kawałek zielonego parku, szkoda tylko że małpy tu nie skaczą po drzewach bo pewnie by im się tu spodobało. Śniadanie 1 kabanos z musztardą.
W parku zrobiłem zdjęcie komuś śpiącemu na ławce, zatytułuję je "My Brother"
godz 10:33 - fajna ścieżka przy wybrzeżu, aż chce się jechać, aż chce się być, aż chce się zostać. Bez gonitwy, bez wyznaczonej z góry trasy, bez zaliczania tylko po prostu 100% spontanu :) Hiszpański język cały czas w tle, a ci Hiszpanie to cały czas biegają
Flash back - wspomnienie - znalazłem butelkę w wózku zostawioną na lotnisku, miała 1/4 wody - stała się dla mnie symbolem opatrzności.
godz 11:20 - kamienista plaża i kąpiel w morskich falach.
godz 13:55 - obiad, czyli zupka chińska ugotowana ( zagrzana ) na palniku żelowym. O wodę się nie martwię, bo jest przy plażach w kranach lub natryskach, z natrysków często korzystam kąpielowo.
Totalny lajcik, tylko coś kiepsko z dystansem ale jest REVELLKA...
godz 15:30 - postój pod mostem, byleby w cieniu bo z nieba żar się leje, izotonik plus Mars w płynie bo się roztopił. Ubieram wyjętą z gardła białą koszulę anty-żarową która będzie mnie chronić przed słońcem, promieniowaniem kosmicznym i dziurą ozonową :)
godz 20:12 - jadę przez jakiś ogrodzony rezerwat przyrody, droga cały czas po drewnianym mostku, są tu nawet ptaki oryginalne i prawdziwie śpiewają - bo tak pisało na tablicy przy wjeździe. Wcześniej w oddali widać było już Gibraltar, małpy pewnie już się cieszą na spotkanie ze mną. Jestem okropnie strzaskany od słońca. Ps. szukam natrysku i gleby do spania.
godz 21:09 – Port pośród kurortów, patrol security chyba ma mnie na oku a ja zamierzam tu przenocować bo znalazłem zadaszenie przy plaży. Siedzę na wielkich  kamieniach  z widokiem na morze a szczególnie na Gibraltar, w oddali przez mgłę przebija się również Afryka. Do Gibraltaru mam ok 20km ale oczywiście zostawiam to na jutro, czytam książkę „Dzikie serce” rozdział - „dziki, którego obraz w sobie nosimy”. Powoli robi się zmrok.
godz 21:22 – Zapatrzony w zachód słońca.
godz 21:34 – Przyjechała do mnie policja, poprosili o dowód ID więc im dałem, wyjaśnili na różne sposoby że tu nie wolno robić zdjęć które ja robiłem bo ten cały teren jest własnością prywatną pilnie strzeżoną, tym bardziej nie wolno było robić zdjęć wierzy kontrolnej którą ja fotografowałem. Ogólnie panowie bardzo mili i przyjaźni, na koniec uścisk dłoni, zadałem im pytanie czy w takim razie muszę się stąd wynosić – wyjaśnili że spacerować wolno. Policja a ledwo ledwo po angielsku... Pewnie cały ten kurort jest monitorowany a wjazd do niego był przez szlaban i był znak zakazu wjazdu dla rowerów więc się uśmiechnąłem do pana w stróżówce i wjechałem. Patrze na wierzę kontrolną i widać na niej kamery. Siedzę dalej na wielkich kamieniach obok migające światełko dla wpływających do portu, zaczyna coraz bardziej wiać wiatr. Noc jest tu dłuższa bo ciemno już jest ok 22:30 a widno się robi ok 7:00
godz 21:51 – zaczyna mi być bardzo zimno, zobaczyłem pod zadaszeniem fajny korytarzyk który mnie ochroni przed wiatrem – super.
 
Dst 91km, V-max 46km/h  time 7:24h
 
 
15.06.2009 Poniedziałek
Hiszpania wyprawa rowerowa Giblartalgodz  7:05 – robi się widno, pakuję śpiwór, materac i ruszam na Gibraltar.
godz 8:25 – butowanie, czyli pchanie roweru pod górę z buta, szukam trasy, brak szczegółów na mapie, zresztą nieważne gdzie jestem, ruszam przed siebie. Droga przed siebie zniechęciła mnie szlabanem dla bogaczy więc korekta trasy. Odnaleziona droga nr 383, po butowaniu przyszedł czas na wiatr we włosach i zjazd 8%
 
 
godz 10:46 - WELCOME TO GIBRALTAR
Przekroczenie granicy, kontrola paszportowa i wjazd do Wielkiej Brytanii, przejazd przez pas startowy lotniska.
godz 11:24 – południowa strona Gibraltaru, śniadanie pod palmą na chodniku 1 kabanos plus musztarda plus izotonik w tabletce z wodą. Kierunek szczyt góry i małpy.
godz 13:05 – Wdrapywanie się na szczyt czyli ostre butowanie, bilecik wstępu już kupiony w oddali widać Afrykę gdzie biega radośnie po plaży mój przyjaciel Kunta Kinte. Dwóch sakwiarzy z Niemiec również butują w tym samym kierunku.
 
Małpy !!! hura !!! skaczą, łażą po ulicy, drzewach, barierkach a nawet zainteresowały się moim rowerem, jedna wchodzi na sakwy i trach rower przewrócony przez małpę... łobuzy jedne... wchodzą ludziom na głowy, obok mama małpa z małym dzieciakiem małpiszonem. Małpa na armacie – wspólne zdjęcie, w ogóle nic sobie nie robią z turystów, olewają ich jak tylko mogą i się jeszcze nabijają...
 
Żegnam małpy te fajne, luzackie spontaniczne stworzonka i ruszam w dalsza drogę.
 
godz 17:33 – Autostrada przed ALEGARCIS, czas resetu masakra, wykończony.  Niektórzy z samochodów pozdrawiają mnie podniesionym kciukiem to tak jakby chcieli powiedzieć „You will survive”
godz 18:48 – W drodze na TARIFE
autostrada, po prostu padam ze zmęczenia na tych podjazdach, pas pobocza tylko 30cm i od razu barierka, trochę niebezpiecznie a samochodów masa.
godz 19:01 – przymusowy postój, jestem wykończony, zupka chińska przy kanale pod autostradą.
godz 20:04 – dotarłem na przełęcz i teraz czas na zadośćuczynienie – zjazd. Okazało się że to nie ostatnia przełęcz ale przy zjazdach jest super plus wiatr we włosach. Po drodze dużo wiatraków pewnie do wytwarzania wiatru jak jest Hiszpanom za gorąco.
 
godz 22:16 – TARIFA
Najniżej położony punkt Europy w tym regionie, jest już ciemno, nie wiem gdzie będę spał.
Skończyła się Costa del Sol i zaczęła Costa de la Luz, jestem już nad Oceanem Atlantyckim. Niestety cypel okazał się obiektem militarnym i zamkniętym dla nieproszonych ale podobają mi się te klimaty, dużo bunkrów, namierzyłem jeden na nocleg ale nic z tego bo w środku totalny syf. Ruszam w poszukiwaniu gleby do spania.
godz 23:00 – znaleziona wiata knajpowa na  plaży i jest nawet łóżko z fajnym kocem. Rozglądam się dookoła czy oby nikomu nie zajmuję miejsca, wskok do śpiwora + wyostrzona czujność, zjawił się kot. Dwoje ludzi kręci się przy wiacie z latarkami, znaleźli mnie, okazało się że są z Peru i też szukają gleby do spania. Zaczyna ostro błyskać, deszcz przelatuje przez słomianą matę anty-słoneczną.
godz 01:00 – zero snu z powodu lekkiego deszczu i gotowości w razie konieczności nagłej ewakuacji. Wnerwiające komary i jest gorąco, kładę się na wysokim stole, może tam komary mnie nie znajdą.
godz  01:30 – mam dość, gorąco i komary idę na plażę obok wieżyczki dla  ratownika, kładę się na dechach wśród wiatru który doskonale rozwiewa wszelkie owady, na wietrze jest fajnie bo troszkę chłodniej w tą upalną noc.
 
Dst 90km max 61km/h time 8:45h
 
16.06.2009 Wtorek
Hiszpania wyprawa rowerowaBudzik dzwoni o 6:00 rano, nie wstaję bo po co ?
godz 7:30 – pobudka, pakowanie śpiwora, ogolenie ryja i ruszam w drogę z powrotem na Tarifę obejrzeć ją w świetle dnia.
godz 9:05 – TOTAL FREEDOM.
Cypel okazał się obiektem dostępnym tylko dla policji
godz 10:00 – fajny rezerwat, drewniana droga, obok zające pomykają...
godz 10:40 – plaża, pływanie, opalanie itp. Atlantyk czysty ale troszkę zimna woda.
godz 13:10 – Wielkie Ucztowanie – 2 lity Coca Coli  z lodówki plus chipsy w cieniu pod palmą przy ulicy.
Moje serce jest w domu a domem tym jest droga.
godz 13:47 – Jest cudownie, jestem we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Jakże cennym jest życie według tego co nosi się w sercu gdyż to prowadzi do szczęścia i wolności. Gdy jestem w pracy moje serce jest w dziczy, zaś gdy jestem tutaj moje serce jest razem ze mną.
Jakże wiele potrzeba było stoczyć walk by przedrzeć się do tego miejsca, pokonać zmęczenie, głód, niewygodę, niepewność, podjąć ryzyko nowego kraju bez znajomości języka lecz po tym wszystkim nastaje czas na chwałę, chwałę która jest w nas !
Właśnie zżarłem 1500 kcl i git bo czeka mnie droga pod górę... Samotność ? Nie jestem samotny.
 
DETONATOR MOCY
 
godz 14:00 – Żegnam palmę która ugościła mnie swoim cieniem i ruszam w stronę dziczy
godz 14:41 – kierunek wybrzeże Bolonia. Z nieba leje się żar, ze mnie leje się pot a ja zrywam podeszwy pchając rower pod górę...
Pozdrawiają mnie z samochodów i oddają mi honor gestem podniesionej ręki.
Godz 15:15 – czaderski zjazd aż nad samo morze w oddali wielka wydma piaskowa. Zjazd z przekroczeniem prędkości 65/50km i 48/30km
godz 15:24 – wskoczyłem szczęśliwie pod plażowy natrysk a tu niespodzianka – nie było w nim ani kropli wody.
godz 16:00 ruszam drogą pod górę wzdłuż wybrzeża, na mapie nie ma dalej drogi i widzę przed sobą kolejne wielkie podjazdy i pytanie czy ryzykować ? Muszę ocenić siły czy stać mnie na powrót gdy okaże się brak przejazdu przez przełęcz wtedy 2 razy wpychanie roweru z buta. Jednak powrót.
godz 17:02 – Przejazd przez krainę wiatraków, 85km do CADIZ. Dużo krów i dużo byków, tutaj krowy mają bardzo duże rogi a byki maja bardzo duże jaja.
godz 18:10 – ZACHARA – wybrzeże, znaleziony z utęsknieniem natrysk, to pierwszy w tym dniu. Ryj spalony od słońca, było bardzo dużo trasy wśród lądu z dala od morza, cudowny był ten szum opon przy szybkiej jeździe, który rozpieszczał mnie swoimi dźwiękami. Miałem niezły kawałek z wiatrem w plecy.
godz 18:40 – W drodze na BARBETE
Słońce leje żarem z nieba jakby z ognia było.
 
24 HOURS UNDER THE SUN AND THE MOON.
 
godz 19:22 – Jebane meszki nie dadzą odpocząć w cieniu więc dalej w drogę...
godz 20:48 – TRAFALGAR
Niedobrze mi, rzygać się chce, może wodą z natrysków się przytrułem. Poszukiwanie natrysku i gleby do spania.
godz 22:30 – Skończyła się droga wzdłuż morza a powinna być według mapy, nie chce mi się wracać więc idę po piachu plażą z rowerem. Znaleziony bunkier na pustkowiu – nocleg. W środku syf więc dobrym pomysłem byłoby przenocowanie na dachu bunkra z widokiem na ciemność i gwiazdy. Z trudem wciągam rower razem z sakwami na dach, musiałem ustawić go przy ścianie pionowo i z góry wciągnąć za roga.
godz 23:00 – widok na gwiazdy plus szum morza, w oddali oświetlone miasto, niedaleko jakaś stara wieża.
godz 23:30 – coraz mocniej wieje, przewiewa śpiwór.
godz 01:00 – w oddali widać błyskawice burzowe.
No takiego noclegu to jeszcze nie miałem … REVELLKA
 
dst 105km, V-max 65km/h, time 7:50h
 
17.06.2009 Środa
Hiszpania wyprawa rowerowagodz 6:00 - budzik dzwoni, ale po co przecież i tak jest jeszcze ciemno.
godz 7:39 - jeszcze na bunkrze w śpiworze, piękne widoki, to mój taki luksusowy taras bunkrowo-widokowy, wzeszło już słońce, jak wstanę to wiatr mógłby mi zdmuchnąć materac...
godz 8:48 - Nie chce mi się wychodzić ze śpiwora, tak tu dziko i rozkosznie i ten superowy wiatr.
godz 9:15 - zaraz ruszam w kierunku cypla, w oddali widzę fajne klify więc zapowiada się cudownie. Pakowanie, ciekawe będzie spuszczanie roweru po ścianie bunkra.
 
OUT OF THE ROAD
 
godz 10:35 - Białe miasto
godz 11:23 - RED ROAD - ponad klifami
godz 11:51 - COIN - latarnia morska, no ale przecież jest to latarnia nie morska ale oceaniczna.
FARO DE ROCHE
godz 13:40 - te natryski plażowe to świetna spawa, po prostu rozkosz. Śniadanie, zimna woda, chipsy plus kabanos, chociaż wcale mi się nie chce jeść, żyję tym miejscem.
godz 14:05 - Atak na drzewo figowe, zjadłem 3 duże figi, jakieś takie dzikie. Kierunek  CADIZ
godz 15:35 - CUIDAD - wszedłem do baru kebabowego na sanwitcha mix - dali mi tosta. Pytali mnie skąd jestem ale za nic nie mogli pojąć co to jest Polska i pytali czy jest coś takiego na mapie, znali jedynie Niemcy wiec powiedziałem, że to obok.
Flash... Zobaczyłem w barze na wprost szczęśliwego, uśmiechniętego mężczyznę, żyjącego pełnią życia i to życie było widać na jego twarzy tą osobą byłem ja sam w odbiciu dużego lustra.
godz 16:30 - Autostrada ognia w kierunku CADIZ z wiatrem czasami przycinam do 45km/h ale nie na długo, często brak pobocza, jeden TIR mało mnie nie połaskotał.
godz 18:40 - ucieczka z CADIZ - to nie mój świat, chaos, gonitwa, betony, pełne ulice, tłok.
Bardzo silny wiatr z naprzeciwka i z boku, przejazd przez długi most z zakazem wjazdu dla rowerów, duże niebezpieczeństwo, bo wiatr tak silny z boku że przewraca rower, 12km/h to max jaki mogę z siebie dać w tym wietrze, nieśmiertelnik fruwa poziomo, blokuję pas bo brak pobocza a samochodów full, kierowcy ostrożnie próbują mnie omijać, nikt nie trąbi na mnie.
godz 19:56 - przymusowy postój na autostradzie, jestem wykończony, robię detonator mocy. Spirital fighting...
godz 20:15 - W drogę ... "SHOW MUST GO ON"
godz 22:30 - ROTA
sympatyczny klimat, nie mogłem jechać wzdłuż wybrzeża bo były zamknięte ogromne tereny wojskowe, w porcie 2 okręty wojenne. Znalazłem natrysk, pierwszy raz mydło weszło do użytku - RAJ. Bardzo silny wiatr ale już się nauczyłem że to normalka na wybrzeżu Oceanu Atlantyckiego. Wędrówka w poszukiwaniu gleby do spania...
godz  23:50 - Znaleziona wiata przy plaży - rewelacja.
dst 121km, V-max 46, time 9:26h
 
18.06.2009 Czwartek
Hiszpania wyprawa rowerowagodz 8:20 - Pobudka, coś mnie pogryzło... Jest pochmurno, słońce daje odetchnąć, fajny wiatr który sprawia że nie jest ani gorąco ani zimno, chciałbym znaleźć jakieś bezwietrzne miejsce na rozpalenie palnika. Klimaty tych stron bardzo mi się podobają, nie ma tu betonowego chaosu i mechanicznego huku. Costa del Sol czy Costa de la Luz ? zdecydowanie Costa de la Luz plus Ocean Atlantycki !!! Niedobrze mi się robi na samą myśl jeśli bym musiał wracać przez Costa del Sol 250km po autostradach, zero przyjemności, więc wrzucam na luz bo jestem na Costa de la Luz.  Z SEVILLI planuje przejazd pociągiem do MALAGI gdzie w sobotę mam odlot do WAWY
godz 9:21 - radio MP3 - fajne klimaty muzyczne w radiu. Polar Snow Gear się teraz przydaje.
godz 9:40 - Polar OUT, koszulka HERO IN
- who I am ?
- I am Hero !
godz 9:52 - poranna gimnastyka na drążku w parku plus śniadaniowa zupka chińska. Super jazda po pomostach drewnianych w parku wzdłuż morza.
godz 10:33 - niestety ostatnie kilometry Costa de la Luz, pewnie będę płakał przy rozstaniu ale narazie czas rozkoszy, jada po deskach, radocha na maxa.
godz 10:57 - zafascynowany jazdą po deskach.
godz 13:06 - Plaża, 2km przed miejscowością CHOPINA, kupiłem 4 brzoskwinie i piwo, ułamałem sobie zęba na pestce, oczywiście lewa jedynka, wolę nie patrzeć jak to wygląda w lusterku...
W uszach "Long Nights" z filmu "Wszystko za życie" to rewelacyjna muzyka na takie samotne dzikie wyprawy.
godz 15:37 - CHOPINA
okazuje się, że nie jest to ostanie miasto nadmorskie przed rzeką przez którą nie ma mostu do samej SEVILLI dokąd mam 130km, muszę być tam jutro, cała jazda zależy od wiatru, jest on cały czas bardzo silny.
 
PERFETTAMENTE
 
Opalanie na dużych kamieniach przy morzu. 
godz 17:15 - leżę sobie na tych kamieniach, opalam się, oczy zamknięte, rower obok też się opala, w słuchawkach piosenka "This is my life" ale słyszę że ktoś nade mną coś gada, otwieram oczy a tu dwóch policjantów, wytłumaczyli mi że rower na plaży nie może się opalać, że musi zostać przy chodniku, odpowiedziałem No Problem, spakowałem rzeczy i w drogę bo jakbym tak leżał to mógłbym dostać odleżyn ... Panowie mi ładnie podziękowali za to że pozytywnie się dostosowałem do ich prośby.
godz 17:49 - opuszczam CHOPINA i ruszam na SANLUCAR, jest fajowo, czuję już pełną aklimatyzację, jak u siebie.
godz 18:41 - SINUCULAR - przy rzece. Żegnam Atlantyk  i ruszam w środek lądu wzdłuż rzeki w kierunku SEVILLI. Zapasy wody zrobione 4,5 litra musi starczyć do Sevilli bo słyszałem że na tym odcinku bardzo trudno o wodę.... "SHOW MUST GO ON !"
godz 19:15 - Wjechałem w obszar natury i wyobcowania zdany tylko na siebie.
godz 19:37 - Droga to same wertepy i nierówności, obawa połamania bagażnika na którym trzymają się sakwy, zgubiłem butelkę z 2 litrami wody, muszę się wydostać z tego bezludzia przed zmrokiem.
godz 19:40 - znalazłem jakąś butelkę wody, pełna do polowy, zabieram ją. Atak gryzących much, mucha bez problemu lata 30km/h,  nie daję rady im uciec na rowerze. Wielki step, brakuje tu tylko lwów co żywią się rowerzystami .
Gdzieś pod przykrywką ryzyka, niepewności, znaków zapytania jest smak fascynacji. Ten odcinek nazwę "Drogi i bezdroża mojej wyprawy"
"SHOW MUST GO ON" - więc w drogę...
godz 20:40 - Patrząc przed siebie widzę drogę co zmierza do nieskończoności...
Słońce zachodzi, wiatr we włosach, obcy bezludny ląd, w tle muzyka z filmu "Into The Wild"
 
NIEKOŃCZĄCA SIĘ DROGA
 
Ps. Każdy łyk wody w blasku zachodzącego słońca, przy bezkresnych widokach, jest łykiem rozkoszy.
godz 21:59 - Nie wiem gdzie jestem, żadnego punktu odniesienia na mapie, teren pozbawiany miejscowości. Przechodzę w tryb jazdy całą noc jeśli zajdzie taka potrzeba, końcówka wody... a nie ma szans by znaleźć coś po drodze skąd można by wziąć wodę, będę się rozglądał po poboczach bo może ktoś wyrzucił niedopitą butelkę wody. Za 30 min będzie już totalnie ciemno, nie mam mowy o noclegu w tych regionach,  wiele much i owadów, podmokłe tereny, więc w drogę...
godz 22:30 - jakaś osada, totalnie odcięta od reszty świata , chyba mieszkają tu właściciele plantacji, znalazłem otwartą budkę sklepową, kupuję po kolei 3 lody bo po pierwszym chciałem od razu łapczywie następnego by się ochłodzić  i wodę do picia. Pytam co to za miejscowość - MIREMARIS. Wyruszam na skraj osady by namierzyć miejscowość na mapie - nie ma !!! Wołam chłopca który przechodzi obok - CAN YOU HELP ME ? odpowiada coś po hiszpańsku nie zatrzymując się i znika za rogiem a stałem z mapą w ręku... Za chwilę przychodzi z bratem, pokazuje im mapę by mi znaleźli miejscowość gdzie jesteśmy, mówią że nie ma... wiec daję im długopis by postawili kropkę tak orientacyjnie, za moment przychodzi ich tata, rysuje własnoręcznie trasę jak wyjechać z osiedla i kierunek, za moment zjawia się jeszcze jego żona która proponuje mi butelkę wody i tak cała rodzina z całych sił stara mi się pomóc. Na koniec powiedziałem Muchios Gracias a wszyscy wybuchnęli śmiechem bo to było jedyne słowo wypowiedziane przeze mnie w ich języku, wcześniej angielski i włoski ale ciężko było. Odjeżdżając posłałem Buenos Noches
godz 0:00 Północ - ciągła jazda nocą i właśnie to dodaje wyprawie pikanterii  nadając jej właściwy smak przygody
godz 1:00 - czuję potrzebę wykąpania się, jestem cały przelany potem, jest to intensywna jazda, zmierzam do jakiegoś miasta, jestem gotów wykąpać się w czymkolwiek nawet w fontannie.
godz 1:30 - EL PLEJLO - objechałem miasto w poszukiwaniu kranu ale nie było, była fontanna ale ludzie się kręcą, znalazłem stację benzynową, jest kran, ale policja gada z obsługą stacji, czekam aż odjedzie, nie odjeżdża więc biorę się za montaż tylnego światła... A co tam wchodzę pod kran, który jest na wysokości 30cm nad ziemią więc gimnastyka na maxa. Super ciepła woda, biorę butelkę i daję popis dla wszystkich tankujących na stacji jak się bierze kąpiel w warunkach ekstremalnych.
godz 1:50 - nie mogę znaleźć wylotówki, pytam ludzi, nic nie rozumiem z odpowiedzi, pokazał prosto a później abym skręcił, pokazał prawą ręką więc pewnie w prawo...
LOST IN THE NIGHT - LONLYNES
 
Gdy myślę o znalezionej butelce wody na stepie to chciałbym to nazwać - małym cudem o wielkim znaczeniu.
godz 3:40 - DOS HERMADOS
Ławka, śpiwór i but zamiast poduszki pod głowę, but ogromnie śmierdzi, odór na maxa, efekty jazdy bez skarpetek.
godz 6:00 - wstaję, ruszam w stronę SEVILLI, jeszcze jest ciemno i widać gwiazdy.
dst 153km, V-max 46km/h, time 12h
 
19.06.2009 Piątek
Hiszpania wyprawa rowerowagodz 7:00 - SEVILLA, zupka chińska w jakimś mini parku, jestem cały pogryziony, to chyba przez te wczorajsze stada meszek. Po całonocnej jeździe czuje się całkowicie wyczerpany ale jazda nocna była fascynująca o smaku wielkiej przygody i przeprawy poprzez bezludne tereny pokonując tajemniczą ciemność.
godz 7:40 - stacja kolejowa SEVILLA - SANTA JUSTA, włos mi się zajerzył jak zobaczyłem obrazek z przekreślonym rowerem. Idę kupić bilet i mówię że rower też a pani w okienku mówi że NIE... okazało się że to nie z tej stacji a już się przestraszyłem że z rowerem do pociągu nie wolno, odjazd do MALAGI jest ze stacji SAN BERNARDO.
godz 8:15 - Stacja San Bernardo, bilet już mam kupiony na 11:08 podziemia stacji. Po prostu zasypiam, efekt wczorajszego extremum. Wychodzę na powierzchnię z tej stacji, nie będę tu czekał, jest duszno. Aby nie zasnąć...
SEVILLA - duże miasto, mam 2.5 godziny do odjazdu pociągu ale nie chce mi się zwiedzać tego molocha. Chałwa regeneracyjnie. Ten rezerwat i ta nocna jazda to naprawdę była super przeprawa, od 19:00 do 3:00 rano Non Stop 120km dróg i bezdroży.
godz 11:04 - SZOK !!! - mało nie wsiadłem do nie tego pociągu, żadnych opisów czy tablic.
godz 14:59 - MALAGA kierunek ALMERIA
godz 19:19 - jestem wykończony, trwam jedynie resztką sił których i tak już nie mam... "Byleby dotrwać do ostatniej rundy" ale myślę że jest jeszcze coś... Zmęczenie odbiera cały zachwyt ale jest to też część zgody na własne granice wytrzymałości. To chwila która uczy mnie że nikt nie jest mocny cały czas.
godz 19:56 - idę się rzucić w morskie fale
godz 22:06 - nie ma to jak oryginalne miejsce na nocleg, zamknięta droga, na skarpie, wysokość, widok na morze, rower będzie spał obok mnie bym miał się do kogo przytulić i by mój wieczny towarzysz podróży nie był samotny...
dst 52 km
 
20.06.2009 Sobota
Hiszpania wyprawa rowerowagodz 8:46 - obudzony siedzę sobie na materacu wpatrzony w morską dal ogarnięty promieniami wschodzącego słońca. Dlaczego pociągają mnie miejsca odosobnione, takie jak to  lub takie jak bunkier na plaży na którym nocowałem? Czuję że żyję !!! i czuję się szczęśliwy...
godz 9:30 - zaraz pewnie trzeba będzie się zbierać a tak bardzo mi się nie chce opuszczać tego odosobnionego miejsca. Niedobrze mi gdy ginę w tłumie. Nagle zrobiło się pochmurno plus chłodny wiatr.
godz 10:15 - siedzę sobie patrząc na wszystko z góry a w dole w oddali podjeżdżają dwa radiowozy policyjne, ustawiają się na wprost mnie, widzą mnie ... jak oni tam dotarli ? przecież ta droga jest zamknięta... Jeden policjant wychodzi i przez megafon coś do mnie mówi i wskazuje ręką abym chyba schodził szybko na dół. Nic nie rozumiem ale nie trudno się domyślić że chodzi im o mnie i chcą ze mną się spotkać. Expresowe pakowanie i zjazd z góry, na dole już czekają policjanci w dwóch radiowozach.
Pytam policjantów: - Do You speak english ?
- No....
Daję im dowód osobisty, sprawdzają moje dane przez radio kontaktując się z centralą, chwila milczenia, czekam na wyrok... Padają słowa " THE ROAD IS CLOSED" wręczając mi dowód, ale wszystko w pełnej kulturze osobistej. Pewnie ktoś mnie zauważył i wezwał policję bo byłem na terenie zamkniętym z powodu budującej się drogi. Miejsce noclegowe było i tak rewelacyjne i warte tego wszystkiego no i to poranne wpatrzenie w przestrzeń.
Teraz już tylko kierunek MALAGA i lotnisko.
godz 11:20 - Boisko - ostatnia zupka chińska plus kabanos, ostatni płomień z żelowego palnika, szybka zmiana majteczek...
godz 12:30 - MALAGA
Rower brudny jak jego właściciel tylko że ja jestem jeszcze brzydki a rower jest ładny, dobrana a nas para.
- ostatnia kąpiel z plażowego natrysku, zakładam skarpetki, jedna inna druga inna bo taki mam styl. Buty śmierdzą jak kosmos, powinni mnie przewozić w luku bagażowym, zaraz je wypachnię czymś...
godz 13:45 - Lotnisko MALAGA
Sprawdzam czy są wcześniej schowane przeze mnie kartony na rower, są więc OK. Dwie godziny do odprawy, za godzinę zacznę pakować rower w kartony.
 
PRZEŻYŁEM, DOTRWAŁEM DO KOŃCA, DO OSTATNIEJ RUNDY !!!
 
Ostanie zdjęcie, tylna opona dotrwała, prawy but zszyty własnoręcznie osobistą nitką dentystyczną  tez przetrwał. Po prostu piękny czas wyprawy w nieznane. Na ryju schodzi mi skóra, będę miał nową cerę. Bez elementu przygody, ryzyka, wyprawy czegoś by mi w życiu brakowało.
Teraz siedzę w oczekiwaniu na samolot, uśmiecham się do siebie i do tego wszystkiego co wydarzyło się przez ten tydzień, biała koszula to rewelacja na takie wyprawy.
dst 37km
godz 22:45 - WARSZAWA LOTNISKO
Nie ma roweru !!! Zgłaszam zaginięcie w biurze bagaży zaginionych, kilka telefonów panów z obsługi, sprawdzenie bazy danych bagażowych. Wyrok padł - rower został w Hiszpanii !!!
 
 
6.07.2009 - 15 dni później
godz 22:30 - Odbieram osobiście rower z lotniska.
 
Pokonany Dystans 683km