www.dziennikirowerowe.pl
left_up

home

Sycylia 2012

Kibris

Chorwacja

Mondo

Crete

GuestBook

Lanzarote

right_up
left

Kreta

Hiszpania

Sycylia 2008

Cypr

Grecja

Portugalia

Cyprus_button

Noclegi

right
KRETA 4.09 - 11.09.2011r.
Wyruszyć byle gdzie.
 
wyruszyć byle gdzie  wyprawa rowerowa Kreta
 
„Czasami od celu ważniejsza jest droga prowadząca do niego”
 
DZIENNIK WYPRAWY               FOTO GALERIA
 
2.09.2011 Piątek
„Kości zostały rzucone, wstąpiłem na linę, decyzja została podjęta”
– frag. książki  „Droga przez mrok”
 
Betty wzniosła okrzyk: Biała koszulo, w drogę !!!
 
Gdy życie grzęźnie na mieliźnie a sercu braknie oddechu wtedy jest czas by ruszyć w sam środek dzikiej przygody gdzie nic nie jest pewne ani bezpieczne, przygody która wydobywa na jaw wszystko to co jest w nas nawet jeśli to będzie krew, pot i łzy dając tym samym poczucie wyzwania i przygody, która nasyca serce radością.
 
Film „The Way” – być może będzie to moje „Camino de Santiago”
 
Ruszam po pracy do biura po bilet do Turcji:
- Czy są jeszcze czartery do Antalia na ten weekend ?
- Na ten weekend już nie ma…
- To poproszę byle gdzie
- Jest na Kretę.
- Kreta? …. ? ? ? !!! ??? No niech będzie….
 
Nie wszystko musi być doskonałe, nie wszystko musi być pewne, nie wszystko musi być strzałem w dziesiątkę, czas wyruszyć w drogę nawet jeśli to będzie droga przez mrok. Nie oczekuję, że nie będzie przeciwności ale wyruszam by stanąć twarzą w twarz z tym co mnie czeka w tej przygodzie.
 
Marzy mi się wyprawa pod tytułem „BACK TO THE WILD” ale czuję, że jeszcze nie tym razem a może ?
 
Przypomina mi się fragment dialogu z filmu Rocky IV:
 
- Może już czas się zmienić ?
- Nie da się zmienić tego kim jesteśmy, my musimy żyć w samym środku cyklonu, jesteśmy wojownikami a wojownik bez jakiejś wojny równie dobrze mógłby być martwy. Jesteśmy jak maszyny do walki, które nie da się wyłączyć po prostu ot tak !
 
4.09.2011 Niedziela
Wyprawa rowerowa KretaGodz. 3:00 – pobudka i końcowe pakowanie, dziwne uczucie, masa dylematów, znaków zapytania, wątpliwości no i ten skok w nieznane, bez gwarancji na cokolwiek. Kładę rower na wagę, przekroczony limit… a może nie brać roweru tylko wypożyczyć na miejscu quada?
Godz. 3:45 – wyruszam Astrą z domu na lotnisko, zabieram w kartonie spakowany rower.
Godz. 5:50 - rower oddany na taśmę oversize, oczekiwanie na samolot - opóźnienie lotu z 8:20 na 11:30, karmią nas na lotnisku kanapkami. Kolejne opóźnienie z 11:30 na 14:00. W oczekiwaniu na samolot spotykam znajome twarze Idę, Bożenę i mamę Kasi, jak miło, okazuje się, że również lecą na Kretę tylko innym samolotem.
 
Słuchaj głosu serca
 
Godz. 16:00 - lądowanie w HERAKLIONIE
Godz. 18:00 – gotowość do wyruszenia, rower z sakwami przygotowany do drogi, schować tylko jeszcze gdzieś kartony i czas ruszyć na zachód.
Godz. 18:45 – ryj uśmiechnięty i zadaje sobie pytanie dlaczego tak długo zwlekałem z kolejną wyprawą? Wszelkie wątpliwości i oskarżenia ustały wobec zdecydowania. Jestem tu i teraz. No i nastało to niebezpieczne uczucie bycia jak u siebie będąc na obcym lądzie. Ciemno się robi ale mam zamiar jechać dalej, wypijam wodę z pierwszej znalezionej butelki przy drodze, wymiana spojrzeń z dziewczyną na balkonie, robię też zapas wody na drogę… Montuję tylne światło by było bezpieczniej bo jadę dwupasmową expresówką, dobrze, że jest pas pobocza.
Godz. 19:40 – zajeżdżam na stację benzynową, chowam się za myjnie samochodową, podchodzi obsługa zaintrygowana, mówię że wszystko OK, że tylko wody chce nabrać, ale zaraz w ukryciu biorę kąpiel pod szlałfem, to taki mój pierwszy prysznic, ociekający wodą ruszam dalej w drogę.
Godz. 20:30 – rozglądam się za glebą do spania na przekoczowanie nocy, padam chyba już ze zmęczenia, w końcu jestem na nogach od trzeciej w nocy.
Godz. 21:00 – przydrożna kapliczka w której jest bardzo gorąco, miejsce rewelacyjne tylko by nie robić z tego profanacji noclegiem więc dalej szukam… obok jest jakieś pomieszczenie z płyt i łóżko jest, trochę się boję czy w nocy ktoś mnie nie odwiedzi mówiąc, że to jego miejsce… Jest tu fajnie, są nawet świece, rozpalam jedną no i jest naprawdę nastrojowo… wskakuję do śpiwora, głośny szum fal rozbijających się o skały.
Dst 31km / max speed 48km/h
 
5.09.2011 Poniedziałek
Wyprawa rowerowa KretaGodz. 6:30 – przebudzenie, robi się widno, leże i myślę sobie, że
 
TAKIE WŁAŚNIE SĄ TE MOJE WAKACJE
 
Biała koszulo w drogę …
Godz. 7:05 – walka ze stromymi i długimi podjazdami, znowu znalazłem coś weselnego i przypinam do sakw.
Godz. 9:30 – ogołocony z siły ale nie z ducha, te podjazdy nie mają dla mnie miłosierdzia ale za to zjazdy są wynagrodzeniem za cały ten trud.
Godz. 11:00 – ciągły brak mocy.
Godz. 11:20 – opalanie na skałach przy morzu, jak jaszczurka w ustronnym miejscu.
Godz. 14:00 – postój na E-75, duża Coca Cola z lodówki bardzo dobrze mnie regeneruje.
Godz. 16:05 – fajne są te długie zjazdy, kilkanaście kilometrów.
Godz. 16:30 – znajduję różową gumkę do włosów, będzie ozdobą mojego przedniego światła no i ładnie pachnie, tak namiętnie…
Godz. 18:00 – kąpiel na cmentarzu, oglądam zdjęcia na nagrobkach zadając sobie pytanie jak będzie wyglądało moje? Mam jeszcze sporo do przejechania.
Godz. 18:30 – słońce nieźle mnie strzaskało, teraz chyli się ku zachodowi, jestem już blisko Chani. Opuszczam cmentarz bo jeszcze nie nadeszła moja godzina, jeszcze nie czas umierać, ruszam dalej w boczne drogi na swoje „Camino de Santiago”
Godz. 19:15 – port, jest co pooglądać, ogromny statek, również dwa okręty wojenne, szkoda że ciemno ale ten zmrok ma w sobie klimat i piękno. Ps. Fajnie tu …
Godz. 20:00 – nagły postojowy atak pięciu psów przed bramą cmentarza wojennego.
Godz. 20:30 – ciemno, wysoko, zadupie i nie ma gdzie spać więc kilka zdjęć nocnych, czuję zapach rozkładającej się padliny, spać mi się nie chce ale jechać główną drogą w nocy to trochę DANGER
Godz. 21:30 – jest duży budynek w stanie surowym, rozpoznanie wnętrza – nadaje się na nocleg, wybieram pokój na 1 piętrze, gdzie najbardziej wieje wiatr bo jest gorąco. Pomiędzy pokojem a tarasem. Jestem tak zmęczony, że nie chce mi się dmuchać materaca, kładę się na śpiworze, uśmiecham się do siebie, do gwiazd, do tego miejsca i do tego co wyprawiam w swoim życiu.
Dst 122km / max speed 46km/h
 
6.09.2011 Wtorek
Wyprawa rowerowa KretaGodz. 5:50 – świt poranka
Godz. 6:40 – półwysep AKROTIRI, wyjazd na cypel blisko lotniska Chanii, słonce już przypieka wiec biała koszula wkracza do akcji. Ja tu niby w drogę a okazało się, że nie ma powietrza w przednim kole, wyciągam kolec chwastowy z opony i biorę się za klejenie.
Godz. 7:40 – postój rekreacyjno sportowy w parku, trochę ciszy i bocznych dróg, znowu klejenie przedniego koła bo okazało się, że był jeszcze jeden kolec którego nie zauważyłem.
Godz. 8:44 – kierunek cmentarz, nie jadę tam umierać tylko uzupełnić zapasy wody do picia, czuję, że będzie to woda o smaku gumowego szlałfa. Śniadanie - przydrożne figi. W swoim królestwie wyobcowania i bezdroży. Atak na pole arbuzów, jeden, drugi, później melon… tak po cichu, ukradkiem. Lotnisko wojskowe, później monastyr. Czas ruszyć w kierunku morza. STAVROS – fajna plaża no i zatoka przy samej skale na końcu drogi. Czas opalania by wyrównać opaleniznę rowerzysty.
Godz. 18:05 – czas magiczny, jak niewiele potrzeba by pojawił się uśmiech, wystarczyło wjechać na pas startowy lotniska – jest cały mój, próbuję się tak rozpędzić rowerem by wznieść się w przestworza, no ale niestety nic z tego  – to chyba przez te ciężkie sakwy. Stare lotnisko wojskowe, obok kilka starych samolotów jako eksponaty. Aż chce się jechać, światło zachodzącego słońca, bez upału, kupuję colę na regeneracje sił, na zegarach tylko 70km.
Godz. 19:30 – ciemno, wędrówka pośród gór, szukam gleby do spania. Ale dlaczego to noc ma decydować kiedy mam spać? Ruszam poprzez noc na wprost odludnych gór, słyszę wycie wilka i to jest piękne, piosenka „The Wolf” z „INTO THE WILD”, po chwili sam zaczynam głośno wyć jak wilk. Wędruję górami nad morzem, widoki muszą być niesamowite tylko szkoda,  że ciemno a może to i lepiej bo to nadaje pikanterii wyprawie. Wdzieranie się na półwysep RODOPOU – ja go nazywam północnym pazurem Krety.
Godz. 20:05 – idę dalej oświetlony tylko blaskiem księżyca, idę bo podjazdy są strome.
Godz. 20:30 – robię rozpoznanie noclegu przy kościele, niby może być ale za jasno i za mało dziczy więc ruszam dalej.
Godz. 21:00 – przełęcz górska, kolejne rozpoznanie noclegu, jest jakiś dom, dyskretnie wchodzę na dach z rowerem by nie zwrócić na siebie uwagi mieszkańców. Jest super, widok na całą wioskę i dolinę. Ostrożność by nie zostać zauważonym. Śpię bez materaca na betonie by nie robić zamieszania. Gwiazdy, szczekanie psów, beczenie owiec i kóz, cykady, dzwoneczki, oto moja kołysanka.
Dst 88km / Speed max 48km/h
 
7.09.2011 Środa
Wyprawa rowerowa KretaGodz. 5:50 – koniec spania, szybkie zejście z dachu by nie obudzić mieszkańców, kilka zdjęć wschodu słońca i ruszam na północno zachodni pazur krety - RODOPOU
Godz. 8:00 – wędruję po wzgórzach gdzie dawno skończył się asfalt i to są właśnie te cudowne klimaty.
Godz. 8:50 – leżę sobie znowu na dachu jakiejś przydrożnej ruiny 555 m.n.p.m. Na końcu ma być zatoka i klasztor, wiem że z powrotem będzie ostro pod górę ale akceptuję to. Świat wzniesień, szutrów, zwierzyny a ludzie jakby porzucili ten ląd chociaż jest w nim jakże wiele piękna i dziczy, ruszam dalej z kabanosem w łapie.
Godz. 9:42 – jestem u celu, plaża na końcu północnego pazura, prawie nikogo, ruszam na nurkowanie, rewelacyjna przejrzystość wody, bawię się w nurkowanie, rzucam zegarek na dno i wyławiam go, pomiar maksymalny głębokości wskazuje 9,2m myślałem że w okularach pływackich oczy mi ciśnienie wyciśnie, bez płetw, ale zatoka do nurkowania wspaniała tylko brakuje pełnego sprzętu ABC (maska, fajka, płetwy) a mam tylko okularki. Niestety nie ma pitnej wody więc nie będę mógł tu długo zostać. Niesamowite skały, góry i morze. Klasztoru brak tylko jakieś ruiny - DIKTINNA
Godz. 11:46 – ruszam w drogę powrotną przez żywioł wzniesień, szutrów, dziczy i słońca. Ps. ograniczony zapas wody.
Godz. 15:40 - Wracam wdzięczną pamięcią do tej zatoki na końcu lądu, wiele trudu kosztowało mnie dotarcie tam, to miejsce starało się całym swym pięknem wynagrodzić mi trud wędrówki i aż żal, że nie pozostałem tam dłużej. „Pozostać w miejscu gdzie czujesz się jak u siebie, przyjąć z wdzięcznością wszystko to co ma ci do zaoferowania”, no i to nurkowanie, niesamowite skały podwodne. Powrót okazał się niezłym wyczynem, poprzez takie bezludne szutry z sakwami… Zjeżdżając po wertepach czasami zastanawiałem się czy sakwy są jeszcze na swoim miejscu bo obejrzenie się w tył przy prędkość 55km/h na wertepach mogło by się źle skończyć.
 
Teraz postój przy szkole, pranie białej koszuli, zupka chińska, chałwa, po prostu czas zatrzymania. Jutro planuję następnego, już ostatniego północnego pazura Krety, trasa pewnie będzie podobna więc trzeba będzie zabrać więcej wody.
 
„Biała koszulo, w drogę!!!”
 
„To było moje Fossombrone, to było moja zatoka San Fruttuoso” a teraz czas ruszyć w piękne góry i odbić na trochę od wybrzeża.
 
Godz. 18:25 – Jestem wysoko w górach, zaczyna padać deszcz, przyśpieszam by gdzieś się skryć. Znalazłem budynek „szpulkę” i jak się okazuje nadaje się na niesamowity nocleg bo budynek jest wspaniałym punktem widokowym, zawiera 100% oryginalności. Mam przed sobą widoki zapierające dech w piersiach. W oddali morze i błyskawice grzmiące swoją mocą, szczególnie tam gdzie dziś byłem,  na plaży końca północnego pazura wyspy. Miałem jechać wzdłuż wybrzeża w kierunku następnego pazura ale zachwycił mnie widok gór dlatego jestem teraz tutaj gdzie rozkoszuję się burzą, piorunami i tym pięknym odludziem. Jestem oczywiście na terenie zamkniętym który musiałem jakoś otworzyć. To miejsce czekało na mnie. Jakaś stacja okrągła z pierścieniami, po prostu „biała szpulka”
Godz. 23:00 – przenoszę się do innego pomieszczenia gdzie bardziej wieje chłodny wiatr.
Dst 61km / Speed max 59km/h
 
8:09.2011 Czwartek
Wyprawa rowerowa KretaGodz. 6:00 – pora by powstać ze snu.
Godz. 7:00 – „Biała koszulo, w drogę !!!”
Godz. 7:40 – Moje śniadanie, duża gałąź winogrona odcięta po kryjomu.
 
„Zavrti Zivot - Njezno Njeznije – Sava Tiho Tece”
 
Godz. 8:35 – okrążam masyw górski, to jest mój „DESERT”, lokalne klimaty, zero turystyki, dużo grobów, tutaj czuć prawdziwe życie. Kolejna butelka wody znaleziona przy drodze, super bo zimna po nocy, dużo lepsza niż poprzednia o smaku gumowego szlałfa.
„BYĆ TU I TERAZ”
 
Godz. 11:10 – WROTA GOLGOTY, właśnie tu zaczyna się ostatni pazur zachodniej północy, właśnie tu kończy się asfalt a zaczyna szuter, kończy się blef a zaczyna życie.
W drogę za wyzwaniami. Ps. zapas wody zrobiony.
Godz. 12:00 – To nie jest zwykła droga.
Miłe gesty ludzi z samochodów którzy pozdrawiają mnie widząc jak walczę z sakwami pod górę, niektórzy nawet bili mi brawo, jak miło podczas gdy ja znaczyłem swą drogę kroplami potu.
 
- WHO ARE YOU ?
- I AM NOT A GREEK, I AM NOT A GERMAN, I AM THE POLISH MAN !!!
 
Godz. 12:12 – “Klify Normandi” chociaż nie jest to Normandia i nie są to te same klify.
Godz. 12:45 – no i dupa, skończyła się droga, dalej już tylko po skałach dla pieszych ale przecież nie zostawię roweru, byłem pewien, że uda mi się dojechać do samej plaży ale niestety, powrót.
Godz. 14:22 – kierunek Platalos, była duża Coca Cola i 7 Days.
 
GO AHEAD
 
Ruszam przed siebie zostawiając wszystko co za mną.
Godz. 15:10 – butelkowa kąpiel przy drodze. Na przekór stromiźnie.
Znalazłem wyrzuconą perłę wobec której wszystko inne przestaje mieć znaczenie.
Godz. 15:15 – jestem gotowy by znaleźć się tam gdzie sięga mój wzrok, a sięga on dużo powyżej horyzontu ale jestem gotowy ruszyć do tego boju.
Godz. 15:35 – jest zajebiście i te piękne widoki, no i to słońce które mnie rozbiera...
Godz. 15:56 – kapliczka Jana Chrzciciela, wiele obrazów przedstawiających ściętą głowę na misie… Takie obrazy rodzą pytania... Dlaczego ?  być może o wiele bardziej chodzi o życie wieczne niż to doczesne. Być może lepiej stracić życie dla wielkich rzeczy niż żyć dla marności wbrew sobie będąc martwym na duszy. Robię kilka zdjęć ikonom, chciałbym mieć swoje mieszkanie by móc powiesić takie obrazy na ścianie, jest w nich głębia.
Godz. 16:25 – Podnoszę wzrok i ocieram z oczu pot by ujrzeć swoją kalwarię… pamiętam napis na asfalcie we Włoszech przed ostrym wzniesieniem:
 
„Qui e inizia il tuo calvario – buon viaggio”
 
“Powalony na kolana” - Fota.
 
Godz. 16:50 – kierunek Elafonisi (36km) , czy dam radę przed zmrokiem ? Pod górę jadę 6km/h ale ruszam ku temu co przyniesie mi życie dając z siebie wszystko i wszystko przyjmując w zamian.
 
Znak E4 (E4 - Long European Distance Path) rozradowuje me serce napełniając miłymi wspomnieniami z Cypru gdzie również podążałem trasą E4.
 
Stoję na rozdrożu - decyzja – pozostaję w górach.
 
Jazda pośród nocy przez góry, coś dziwnie tyle koło reaguje na kamyki, przecież jadę na feldze… ciemność, góry i przebite koło, dobrze że widać jakąś miejscowość przede mną. Podprowadzam rower pod latarnię, obok tawerny. Nie kleję dętki tylko od razu wymieniam na nową. Ruszam dalej przez góry i ciemność rozglądając się za miejscem na nocleg.
 
Baza noclegowa pod gołym niebem, kawałek betonu przy kapliczce. Kolacja rowerzysty, wywrócił mi się kubek z zupką. Podobała mi się ta przeprawa przez góry, naprawdę super zmaganie no i te widoki, czasami zadawałem sobie pytanie ilu sakwiarzy przemierzało te drogi?
Dst 102km / Speed max 68km/h
 
9.09.2011 Piątek
Wyprawa rowerowa KretaGodz. 6:28 – Ps. „Uważaj na złodzieji radości”
Godz. 6:35 – słońce delikatnie wschodzi za górami, może już czas wyjść ze śpiwora i opuścić to miejsce… leżę w śpiworze a tu nagły atak dwóch psów,  nóż mam pod ręką … sięgać ???
Jednak wyzbyłem się lęku patrząc im prosto w oczy ignorując ich szczekanie jakbym ich szczekaniem był okropnie znudzony. Szczekanie karmi się lękiem, odrzucając lęk odbieram im pokarm i siłę do szczekania, odeszły… obok śpiwora mrówki zrobiły swój szlak. Fajnie tu. Mam 4 butelki wody, wyglądam jak “dziecko Afryki” które boi się, że zabraknie wody…
Godz. 7:10 – nadal w bazie noclegowej, planowanie trasy.
Godz. 7:35 – wyjeżdżając zobaczyłem kotka tarzającego się w trawie i słońcu przy drodze, okazuje się, że jest potrącony przez samochód,jest połamany , podchodzę z wodą do niego, widzę jak się męczy i nic nie mogę zrobić, boi się… zostawiam mu kabanosa, chcę aby przeżył lecz w kilka chwil odszedł z tego świata. Opłakiwanie zmarłego kotka.
Godz. 8:12 – Poranne słońce rozpromienia moją twarz, okoliczna cisza koi ból duszy, wzniesienia wyciskają ze mnie krople potu i dumy.
Godz. 9:15 – Kąpiel w górskim, betonowym zbiorniku wodnym, woda lodowata, wygląda jak duża wanna.
Godz. 12:40 – cały czas górskie szaleństwa, ostre podjazdy i mega szybkie zjazdy, raz brakowało sekundy bym znalazł się za barierką w przepaści na zakręcie. Chyba zaczynam kochać te góry, te widoki podczas szybkich zjazdów.
 
Postój w górskiej tawernie, zamówiłem nawet nie wiem co, pokazałem na menu to co popadło bo i tak nie rozumiałem co tam napisane było,  po czym pani wyszła z kawałem mięcha i tasakiem zaczęła je rąbać na pniu do rąbania drewna a później jakimś żelastwem je napieprzać, dobrze że domówiłem jeszcze piwo. Byłem w łazience, pierwszy raz zobaczyłem siebie w lustrze od czasu rozpoczęcia wyprawy:
WYGLĄDAM NAWET SPOKO
 
Wielki kawał mięcha z jakiegoś dzikiego zwierza razem z frytkami, dobre męskie żarcie, tylko to piwo mnie rozleniwia a kolejna, wysoka przełęcz na mnie już czeka, ale nie takie góry straszne jak się kiedyś wydawały.
 
Godz. 13:40 – czas wyruszyć z miejsca odpocznienia bo nadszedł czas by przelać kolejne krople potu i spojrzeć górom w oczy.
Godz. 14:50 – Żegnam wzgórza i doliny Samarii będąc wdzięcznym temu miejscu za gościnę, nocleg, wodę ta do picia i tą do kąpieli butelkowej. Znikam za przełęczą…
Godz. 16:50 – Zaczyna się czas stykowy końcowego odliczania czyli czas potrzebny na dotarcie do lotniska. Przełęcze trzymają mnie w miejscu ale wkurzenie dodaje mi sił.
Godz. 18:00 – Już na płaskim po 30km zjazdu, zatrzymałem się i stoję tak po prostu, mam dość, wykończony:
GAME OVER
 
Nigdzie już nie jadę, nie mam mowy, stoję tu przed wjazdem na E-75, tylko co tu robią te pingwiny ?
Godz. 18:05 – Mam plan !!! ha, ha, ha… zaległy cypel.
 
Biała koszulo, w drogę …
 
Godz. 19:10 – dojechałem do cmentarza by zaczerpnąć wody i się wykąpać pod szlałfem. Wykończony postanowiłem również pozostać tu na noc, liczę na wyrozumiałość pochowanych tu ludzi mając nadzieję, że przyjmą mnie z otwartym sercem.
Dst 106km / Speed max 64km/h
 
10.09.2011 Sobota
Wyprawa rowerowa KretaGodz. 6:08 – chyba się już sypię, skóra na plecach odpada, boli mnie głowa, być może też już odpada…
 
BUT … THIS IS MY LIFE
 
Godz. 7:45 – kapliczka na E-75, ikona młodzieńca ubiczowanego i palonego żywcem.
Godz. 11:15 - nurkowanie, opalanie i sałatka grecka, znika z mojego brzucha kaloryfer bo zaczynam się objadać.
Godz. 16:00 – mały port, betonowe falochrony i szlałf z gorącą wodą by się wykąpać…
Godz. 16:45 – są drogi które po prostu się kończą takie jak ta, nawet jeśli wcześniej o tym nie wiedziałem, z których trzeba po prostu powrócić. Przeprawa szutrem w górę przez stado kóz. Przed samym szczytem pewien pan wędrowny obejrzał się na mnie, rower z sakwami,  na to miejsce i się głośno roześmiał jakby pytając – co ja tu robię z rowerem ? właśnie tutaj?  ja też się głośno roześmiałem będąc dumny z nieracjonalnych wyczynów, bo niektóre szaleństwa są tego warte.
Godz. 19:00 – odbijam z E-75.
Godz. 20:05 – ciemność, samotna plaża odcięta od reszty świata i ja zagubiony w dziczy, jest prysznic plażowy więc biorę kąpiel. Przymierzam się do noclegu w tym miejscu, mam zamiar zaciągnąć leżak z plaży w cień księżyca by był moim łożem snu i odpocznienia. Ciemno, tylko blask księżyca, szum fal, lekki wiatr. Nie chce mi się spać więc robię „china soup”.
Godz. 20:30 – no po prostu kobietki przyjechały tu sobie łowić w nocy ryby, a może zrobić jeszcze z 20km bo spania przy tych rybakach to raczej nie będzie… A może bym znalazł pierwszą bazę noclegową, chociaż nocleg tutaj na plaży w tym wiaterku byłby super.
Jednak w trasę …
Godz. 21:30 – odbijam z E-75 na stację benzynową, padnięty wyciągam śpiwór i kładę się pod murkiem, obok expresówka, szum samochodów ale po prostu padam, śmierdzi tu, coś mnie swędzi albo gryzie…
Godz. 0:30 – No nie mogę tu jakoś spać, zwijam śpiwór i ruszam dalej szukając jakiegoś lepszego miejsca
Godz. 1:30 – dojechałem do pierwszej bazy noclegowej, jest wolna więc rozpalam świecę i wskakuję na śpiwór. Coś trudno mi zasnąć, może dlatego, że to ostatnia noc ?
 
Dst 114km / Speed max 56km/h
 
11.09.2011 Niedziela
Heraklion airport Wyprawa rowerowa KretaGodz. 6:55 – Czas ruszyć w drogę, skończyła mi się woda ale jest buteleczka wody na stole, okazało się że to bimber – nawet bardzo dobry.
Godz. 7:40 – widzę na expresówce sakwiarza podążającego w przeciwnym kierunku, podjeżdżam by pogadać. Co za radość spotkać podobnego szaleńca, okazuje się że również jeździ na GANCIE. Miguel dziś rozpoczął tygodniowa wyprawę podczas gdy dziś ja swoją kończę no i on jedzie moją trasą… Super spotkanie, on tez przemierza rowerem różne części Europy, My Friend.
Godz. 8:20 – odbijam na boczne drogi, fajne wzgórza i widoki na skały.
Godz. 9:30 – w cieniu odpocznienie, miasto, obok sklepy, ostatnia zupka chińska. Czas ruszyć w stronę lotniska i sprawdzić czy są schowane kartony na zapakowanie roweru do samolotu.
Godz. 10:35 – ALES OK. kartony są, wiec mam 4 godziny na opalanie,  kąpiel i objechanie okolicznego wybrzeża. Ruszam na wschód. Fajne wzgórza ale podjazdy już sobie odpuszczam. Wtaczam rower przez piaszczystą plażę bliżej morza i wskakuję do wody, ludzie się patrzą co ja z tym rowerem wyprawiam na plaży…
Godz. 14:10 – przydrożna tawerna: grecka sałatka + Mythos + kieliszek Raki gratis. Kelnerka zapytała mnie skąd jestem więc powiedziałem, że POLISH zapytała gdzie spałem, wtedy powiedziałem:
 
EVERY NIGHT UNDER HEAVEN
 
wtedy wszyscy wybuchli śmiechem razem ze mną.
Godz. 15:00 – Lotnisko HERAKLION, biorę się za demontaż roweru i pakowanie go w kartony.
Godz. 16:35 – 30 min do teoretycznej odprawy, we włosach mam całą piaskownicę z plaży. Piecze mnie pysk od słońca, patrzę na rower, pewnie bolą go koła ale taka jest cena wielkiej przygody, wędrówki w nieznane, pasji życia i pragnień typu:
 
BY ZROBIĆ COŚ NIEKONWENCJONALNEGO
 
Dystans – 688km
Koszt – 497zł